Pokazywanie postów oznaczonych etykietą India. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą India. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 listopada 2013

Dzień 9 KHAJURAHO - VARANASI

Rano wymeldowałyśmy się z hotelu, zostawiłyśmy plecaki w komórce obok recepcji i ruszyłyśmy w miasto. Poprzedniego dnia oglądnęłyśmy co ma do zaoferowania Khajuraho sprzed kilku tysięcy lat. Tego przyszedł czas na Khajuraho współczesne. Najpierw jednak postanowiłyśmy zwiedzić okolicę. Polecany przez przewodniki oraz rikszarzy wodospad wydał się ciekawy, ale w czasie pory suchej zmienia się w ciurkający strumyczek. Pojechaliśmy zatem do rezerwatu tygrysów Panna, popływać sobie z krokodylami w rzece Ken.


Droga prowadziła przez wyschniętą na pył ziemię. Szkielety drzew i krzaków straszyły z pobocza, wiatr bił po twarzy gorącymi podmuchami. Po dotarciu na miejsce wskoczyłyśmy do wody indyjskim zwyczajem, czyli w pełni ubrane, tylko buty zostały na brzegu. Nie chcemy przecież ułatwiać sprawy krokodylowi, jeśli chce mnie zeżreć to se będzie musiał przedtem rozpakować. Dno rzeki było dość kamieniste i Magdalena rozcięła sobie stopę do krwi. Jednak mimo jej usilnych starań by zwabić jakiegoś rzecznego zwierza, nic nie zakłóciło naszego pływania.
Zanim zebraliśmy się do wyjazdu ubrania były już suche. Po powrocie poszliśmy do znanego nam już z wczorajszego dnia sklepu tekstylnego. Sympatyczny właściciel poczęstował nas chai po czym wrócił do przerwanej próby uprzejmego wyproszenia spalonych świętym zielem Shivy Angoli. Chłopaki przynieśli daal, rozścielono nam na podłodze cenne kobierce i zjedliśmy obiad wśród dywanów, poszewek i kolorowych chust.


Po południu wyszliśmy poszwendać się po miejscowości, popodglądać jak żyją rodowici Khajurachanie. Jak w całych Indiach i tutaj śmieci są wszechobecne. Magdalena zadała Plocie pytanie, niewątpliwie spędzające sen z powiek wszystkim nieindianom przebywającym w Indiach: "Dlaczego żyjecie w takim syfie? Nie przeszkadza wam brodzenie w śmiechach koło własnego domu? Czemu nie macie nawet głupich koszy na śmieci?" Odpowiedź była prosta: "Lubimy nasze śmieci, nawet jak by ktoś próbował postawić kosz na odpady to Indus by go wywrócił i przywrócił Indyjski porządek." Próby zrozumienia subtelnych zawiłości obcej kultury przerwała nam krowa, która wybiegła z bramy czyjegoś gospodarstwa z wyraźnym zamiarem nadziania mnie na ostre jak szpikulce, długie, zakręcone rogi. Wzięłam nogi za pas. Prawdopodobnie zdenerwowała ją moja biała skóra, ale nie miałam ochoty zatrzymywać się by przedyskutować tę kwestię z krową-rasistką.


Spacerując wśród współcześnie tworzonych budynków trudno nie porównywać ich do świątyń powstałych cztery tysiące lat temu. Dzisiejsza architektura wypada bardzo słabo, odnosi się wrażenie, że Indusi cofają się w rozwoju. Obecne budowle to czysta funkcja, prostokątne boksy z dziurą w ścianie dzięki której w środku jest jasno i większej dziury przez którą można dostać się do środka, wszędzie wiszą jakieś kable. Często spotkać można paskudne współczesne świątynki, małe budyneczki pokryte kafelkami i jarmarcznymi kolorowymi kwiatkami, czy innymi "ozdobami".







 Sklep z ubraniami dla turystów, żaden szanujący się Indus nie pomyśli nawet o założeniu czegoś takiego.

Posiedzieliśmy chwilę nad jeziorem pokrytym rzęsą, śmieciami i innymi niezidentyfikowanymi substancjami. Zaszło słońce. W świątyni Shivy nieopodal zaczynały się wieczorne uroczystości. Zdjęliśmy buty przed wysokimi schodami prowadzącymi do budowli i weszliśmy do środka. Wnętrze w formie koła, pośrodku na podwyższeniu umieszczony został olbrzymi słup symbolizujący penisa Shivy. Rozpoczęła się ceremonia puja, owionął nas zapach kadzideł, instrumenty zaczęły wybijać ogłuszający rytm. Ludzie śpiewali a kapłan grał na muszli. Po wszystkim wierni otrzymali błogosławieństwo i rozeszli się do domów.


Plota zaprosił nas do siebie na kolację. Mieszka w olbrzymim, kilkupiętrowym domu z całą rodziną. Poznałyśmy jego uroczych rodziców oraz siostry, jedna z nich również miała na imię Maja, co sprawiło wszystkim dużo radości. Usadowiono nas przy stole, mama upiekła chapati i panierowane warzywa. Jako gościom honorowym ojciec Ploty zaproponował nam miejscowy bimber. Jego pędzenie jest w Indiach nielegalne, ale jak wszędzie indziej na świecie tego typu zakazy traktowane są raczej jak luźne wskazówki i konsekwentnie ignorowane. Plota z namaszczeniem otworzył malutką buteleczkę i ponalewał nam trochę na dno kubeczków. 
Często w trakcie odwiedzania różnych krajów, nie mówiąc już o różnych regionach Polski, ich mieszkańcy w dowód sympatii i chęci pochwalenia się lokalnym nektarem bogów, częstują bimbrem. W takich sytuacjach zwykle najpierw piję a potem się zastanawiam. Nie jest to może zbyt rozsądne, zważywszy na to, że czasem ten sam trunek wykorzystywany jest do rozpuszczania gwoździ i innych takich, ale na pewno ciekawe. Magdalena jest z tych, co się najpierw zastanawiają. Wychyliłam swój kubek, ona siedziała obracając swój w dłoni. "Co robisz?" zapytałam, "Czekam na popitkę." Odparła tonem, którego używa odpowiadając na niedorzeczne pytania. "Nie świruj, tylko spróbuj." Wypiła i zaczęła się śmiać. Lokalny, nielegalny bimber smakował jak woda, do której ktoś nakapał owocowej wódki. 
Zrobiło się późno i musiałyśmy wracać do hotelu, żeby nie spóźnić się na pociąg. Na szczęście w hotelach zwykle nie robili problemu, gdy prosiłyśmy o wynajęcie pokoju na godzinę, często nie chcieli nawet za to pieniędzy. Z ulgą weszłam po prysznic by zmyć z siebie Khajuraho. Potem tylko przebrałam się w czyste ciuchy, wypiłam herbatę i trzeba było ruszać dalej w ciemną noc. Stacja kolejowa całkiem przyjemna, pociąg o dziwo się nie spóźnił, również o dziwo nie było tłoku. Powycierałyśmy z grubsza newralgiczne części prycz mokrymi chusteczkami, zamordowałyśmy karalucha i mogłyśmy wreszcie pójść spać gdy pociąg bezszelestnie sunął po torach w kierunku Varanasi.

niedziela, 20 października 2013

Dzień 8 KHAJURAHO

Khajuraho, dziś nieduża wioska na granicy północnych i południowych Indii, w XI wieku było stolicą państwa Czandelów, dynastii, która w czasach swej świetności władała terenami stanu Madhya Pradesh. Walki z sąsiadami zmusiły ich jednak do przeprowadzki do górskich warowni a w XII wieku pokonani zostali przez Afganów. Rozprzestrzeniali się oni jak zaraza po Indiach północnych, plądrując i niszcząc co popadło. Mijały wieki, Khajuracho, zrujnowane i opuszczone popadło w zapomnienie. Świątynie jak i drogi do nich prowadzące porosły gęstą roślinnością, dzięki czemu ocalały od zniszczenia przez kolejnego najeźdźcę - Wielkich Mogołów.

Wstałyśmy po 6 by zdążyć przed obezwładniającym upałem. Kilka chwil od wyjścia z hotelu siedziałyśmy już w rikszy, koleś dał po pedałach i ruszyłyśmy telepiącym się niemiłosiernie ustrojstwem w stronę świątyń. Wszyscy rowerowi rikszarze wyglądają tak mizernie, że człowiek w pierwszym odruchu ma ochotę powiedzieć: "siadaj stary, ja popedałuję". Chude toto i żylaste straszliwie, ale silne jak wół. Mimo wszystko jednak na górce zsiadłyśmy, żeby biedak przepukliny nie dostał. W końcu dojechałyśmy do najbardziej znanej grupy świątyń zwanej zachodnią.


To było coś, dla czego warto było się tarabanić przez pół świata. Przepiękne, kunsztownie zdobione budowle. Niesamowite bogactwo ornamentów, nawet wzorki są tam we wzorki.


Postacie na płaskorzeźbach sprawiają wrażenie niezwykle zadowolonych ze wszystkiego. Pierwszy raz w życiu widziałam sztukę sakralną, której twórcy wykazali się poczuciem humoru. I to humoru dość pieprznego. Bardzo to miła odmiana po tych wszystkich naszych świętych przedstawianych najczęściej z miną sugerującą ciężkie zaparcie.


Świątynie powstawały w latach 900-1050, w sumie 85 na powierzchni 21km. Do dziś przetrwało około 20. Tworzono je w stylu Nagara, według traktatów filozoficznych o sztuce Śilpasiastr, które mówią, że świątynia jest strukturą magiczną, mandalą. Budowana według skomplikowanych diagramów ściśle określających proporcje staje się instrumentem komunikacji ze światem niewidocznych i tajemniczych sił. W świątyni pod postacią bogów, demonów, zwierząt i roślin zawarte są wszystkie aspekty świata widzialnego i niewidzialnego. Szczęście, miłość, seks, orgazm i spełnienie, czyli ananda, jest czystym uduchowieniem i zbliża człowieka do boskości. Erotyzm w pradawnej Indii był przedmiotem kultu i celebracji. Boska para złączona w uścisku ilustruje odwieczną i jedyną zasadę istnienia świata - przyciąganie przeciwieństw, dwóch przeciwstawnych biegunów, z połączenia których wydobywa się iskra, eksplozja rozkoszy. 


Pozytywna energia tego miejsca naprawdę daje się wyczuć, trudno przejść obojętnie wobec tych figlarnych, zadumanych czy też po prostu radosnych uśmiechów utrwalonych w kamieniu. Słoń śmiejący się z pary uprawiającej seks czy Kriszna i Radha pozujący jak do sweet foci, ona kusząco robi dzióbek (tak, tak, kaczy dzióbek na fotkach ma długą tradycję), on ją niby mimochodem łapie za wydatny biust (moda na tzw.: "melony" też jak widać przetrwała wieki).

Słynna płaskorzeźba pani malującej sobie rzęsy.

Chodziłyśmy od świątyni do świątyni podziwiając i wynajdując coraz to nowe, zabawne szczegóły. Przed wejściem do środka trzeba było zdjąć buty po czym na bosaka wspiąć się po rozgrzanych przez słońce kamiennych stopniach. Na dodatek jak człowiek zapomniał schować buty w cieniu, czy też odwrócić je podeszwami do góry to po wyjściu nie było zmiłuj.  Uczucie podobne do włożenia stopy w opiekacz do grzanek (tak przypuszczam, nie próbowałam).


Bardzo miło rozmawiało się z paniami, które tam sprzątały. Każda z nich to wdowa z kilkorgiem dzieci na utrzymaniu. Nie mają lekkiego życia, ale nie skarżą się i nie jęczą jak skupieni głównie na sobie indyjscy faceci. Jedna z nich miała paskudnie rozciętą rękę, na szczęście byłyśmy dobrze zaopatrzone w odkażacz, chusteczki i plasterki z Kubusiem Puchatkiem. 
Bardzo ciekawa była świątynia Kali, jako jedyna miała wewnętrzną niszę - garbhagrihę - zamykaną kratą. Jakby bano się, że statua Kali ożyje i odejdzie, by siać pożogę i zniszczenie. Chyba jako jedyna sprawiała dość niepokojące wrażenie, z błyszczącymi oczami i czerwienią na twarzy.


Dochodziło południe i było niewiarygodnie gorąco. Schowałyśmy się przed upałem w świątyni Shivy. Chłodny kamień mahamandapy - podestu gdzie odbywały się rytualne tańce ku czci bóstwa - był niezwykle zachęcający. Cisza przerywana była tylko cichym popiskiwaniem nietoperzy. Zasnęłyśmy i miałam dziwne,  rozkołysane sny.


Po obudzeniu postanowiłyśmy znaleźć płaskorzeźbę, która najczęściej przewijała się, gdy szukałyśmy przed wyjazdem informacji o świątyniach. Jak się pewnie domyślacie, chodzi o tą z koniem. Po dłuższych poszukiwaniach znalazłyśmy ją. Niepozorna, umieszczona z tyłu świątyni z przesłaniem: "seks międzygatunkowy jest co prawda zabawny, ale raczej fuj."

 Proporcje postaci na załączonym obrazku są chyba pobożnym życzeniem twórcy. Chyba, że kiedyś konie były wielkości psa, ja się tam nie znam.

Ogólnie świątynie Khajuraho opisywane są jako erotyczne nie jest to jednak dominujący motyw. Prócz tematów randkowych przedstawione jest też codzienne życie ówczesnych hindusów: praca, zabawa, wojny, sport, joga, dużo słoni i robienie makijażu.  


Na terenie świątynnego kompleksu ustawione są źródełka z wodą do picia, ale wiadomo, nie chce człowiek złapać ameby czy czegoś takiego i wodę kupuje. Jak nakazuje Jedyny Słuszny Przewodnik tylko w butelkach z zafoliowaną szyjką, bo Indusi potrafią przyspawać z powrotem zakrętkę. Tak też robiłyśmy, jest folia znaczy się, wszystko gra. Woda, którą kupiłyśmy wcześniej w kiosku usytuowanym przy takim źródełku już dawno z nas wyparowała, poszłyśmy więc kupić nową. Kolesie z kiosku stali przy źródełku i napełniali wyciągnięte wcześniej ze śmietników butelki. Miło z ich strony, że płukali je przed napełnieniem. "Czy wy właśnie napełniacie wodą butelki wyciągnięte ze śmietników, żeby je potem sprzedać jako wodę mineralną?" Popatrzyli się na mnie jakbym się zapytała, czy drzewa rosną w lesie. Jak widać w Indiach łatwo się można zaopatrzyć w zafoliowywacz do butelek. Napiłyśmy się wody ze źródełka, tym razem za darmo i wyszłyśmy z kompleksu na miasto. 

Od razu przylepiło się do nas stado dzieciaków w różnym wieku. Jeden z nich, na oko czternastoletni zaoferował, że nam pokaże okolicę. Po historii z wodą nie byłam w nastroju na pogaduszki z miejscową ludnością. Magdalena była. Plota, bo tak chłopak miał na imię, zaprowadził nas do niewielkiego muzeum a potem do innych świątyń, które według niego warte były zobaczenia. Zwiedziłyśmy w sumie całe Khajuraho, co jakimś wielkim wyczynem nie było zważywszy na jego wielkość.


Plota okazał się sympatycznym dwudziestoletnim chłopakiem pochodzącym z dość zamożnej rodziny, takie bananowe dziecko. Jego głównym zajęciem było pałętanie się przez całe dnie bez celu po wiosce i zaczepianie turystów. Poprosiłyśmy go, by nas zabrał do jakiejś dobrej, nieturystycznej restauracji. Faktycznie, miejsce do którego nas zaprowadził serwowało całkiem smaczny daal. Jak na daal.

Klasyk: ryż, placki, ciapki z soczewicy, ziemniaka, różnych warzyw, pomidorowa z serem, jogurt i warzywa, najczęściej pomidor i cebula. Jakże miałam tego dość. Jak mi się chciało mięska z czegoś z kopytami.
Zaproponowałyśmy Plocie, że mu postawimy obiad, ale poprosił tylko o colę. My najedzone, wszyscy w dobrych humorach na deser poszliśmy do sklepu z tekstyliami znajomego Ploty na chai. Moje uzależnienie od kupowania ozdobnych poszewek na poduszki dało o sobie znać i już chwilę po wejściu zawzięcie targowałam się ze sprzedawcą o parę jedwabnych, haftowanych w jakby ptaka. Zawsze mnie to bawi, długie targi polegające na opowiadaniu sobie różnych historii, dowcipów, piciu kolejnej herbaty, co powoli zmierza w kierunku ustalenia ceny satysfakcjonującej dla sprzedawcy i do przyjęcia dla mnie.
Ten rozbroił mnie historią o tym, jak go pewien rikszarz naciągnął w Varanasi na sporą sumkę za krótki przejazd. "Wszystko dlatego, że mam taką inteligentną twarz" opowiadał bardzo zadowolony, "Wyglądam jak ktoś wykształcony i z wyższej kasty. Ci z niższych ciągle próbują ich oszukać na pieniądze." 

Zapadł już zmrok, opite chaiem jak bąki umówiłyśmy się z Plotą na następny dzień i wróciłyśmy do hotelu. W Khajuraho oprócz świątyń nie ma nic ciekawego a, że miałyśmy tam spędzić jeszcze jeden dzień postanowiłyśmy zdać się na niego.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Dzień 4 PUSHKAR - JAIPUR

 

Jeden dzień w Puszkarze zdecydowanie nam wystarczył. Przed wyjazdem wstąpiłyśmy jeszcze na chwilę do świątyni sikhów. Jest to religia, która powstała około 500 lat temu jako mix hinduizmu i islamu. Ciekawe jest to, że w kraju, gdzie zabobony, społeczeństwo kastowe, poniżanie kobiet jest bardzo silnie zakorzenione, powstała doktryna oparta na wierze w równość i pracę dla dobra społeczności. Pewnie dlatego nie ma zbyt wielu zwolenników, gdyż ludzie wolą religie, którymi mogą usprawiedliwić nienawiść i zakłamanie.
Sikhowie to ludzie wywodzący się z reguły z kast wyższych, bogaci, wykształceni. Kiedy wchodzi się na teren ich świątyni (trzeba zakryć głowę, zdjąć buty i przejść przez płytki basenik) zstępuje na człowieka błogi spokój. Nie ma szaleństwa i wyciągania ręki po pieniądze na każdym kroku, jak w hinduistycznych czy islamskich obiektach sakralnych. W świątyniach Sikhów króluje zazwyczaj biały marmur i złoto, którymi pokrywają ściany i kolumny oraz duży, plastikowy zegar wiszący na takiej złotej ścianie. 

Wracałyśmy do Jaipuru przez wyschnięte pola i małe wioski. Na pustyniach jak w westernie widać było szkielety krów i innych dużych zwierząt. Ludzie w wioskach żyją bardzo biednie i tylko niezmiennie kolorowe sari kobiet są jaśniejszymi punktami w monotonnym, zakurzonym krajobrazie.


Na miejscu zatrzymałyśmy się w tym samym hotelu co poprzednio. Umówiłyśmy się wcześniej na spotkanie z Aslamem. Zaprosił nas do domu na herbatę. Rodzina w komplecie, miło ich było znów zobaczyć, tym razem w codziennych, nie odświętnych ubraniach. Powitaniom nie było końca bo to była naprawdę duża rodzina.
Chciałyśmy zobaczyć słonie. Żaden problem, Aslam zadeklarował się zostać naszym słoniowym przewodnikiem. Okazało się, że niedaleko jego domu jest olbrzymia stajnia dla słoni, które pracują jako transport do Fortu Amber. 


Poszliśmy tam, Aslam pogadał chwilę z pracującymi przy słoniach kolegami i mogłyśmy spokojnie je sobie pooglądać. Są to zwierzaki o różnym temperamencie. Niektóre nerwowo kręciły się w swoich boksach, inne dały się nawet pogłaskać. Słoń w dotyku jest szorstki, chropowaty i ma drapiąca szczecinę, ale urocze to zwierzę kiedy daje się drapać za uszkiem z rozkoszą mrużąc kaprawe oczęta. Każdy z nich jest ozdobiony jakimś wzorem, najczęściej kwiatowym biegnącym od czoła do końca trąby. Najpiękniej, bo w dwa lwy, pomalowany był najbardziej nerwowy i niespokojny słoń. 


Bardzo byłam ciekawa jak komuś udało się namalować na nim cokolwiek, a zwłaszcza tak skomplikowany wzór. Wygląda to naprawdę zabawnie, kiedy facecik ważący jakieś 50 kilo strofuje pięciotonowego olbrzyma niczym szczeniaka, żeby się nie wiercił, bo kwiatki na trąbie będą krzywe.


Potem pojechaliśmy na osiedle dla słoni. Zapadał już zmierzch. Minęliśmy ogromny basen, gdzie były kąpane i dotarliśmy do jednego z domów. Rozmieszczone były w sporej odległości od siebie, każdy składał się z części mieszkalnej i olbrzymiej stajni dla zwierzęcia. Weszliśmy do środka, przywitaliśmy z gospodarzem, który zajęty był malowaniem wzorów na słoniowej trąbie przy skąpym świetle zawieszonej pod sufitem żarówki. Jego mała córcia pomagała tatusiowi trzymając kubek z farbą. Żona też przyszła zobaczyć co to za zamieszanie z jednym oseskiem na ręku, drugi maluch trzymał się spódnicy.
Słoń niewzruszenie żuł słomę i co chwilę dostawał po nosie za to, że nie chciał stać nieruchomo. Jego posłuszeństwo opiekunowi było niezwykłe. Gdyby się rozzłościł i machną trąbą trochę mocniej, to nie byłoby z faceta co zbierać.


Aslam zaprosił nas do domu na kolację, przedtem jednak musiał zrobić zakupy. Najpierw poszliśmy do rzeźnika. Przed wejściem stały uwiązane dwie kozy. Zaczęłam się domyślać, co będzie głównym daniem. Potem posadził nas na murku przed salonem fryzjerskim, przyniósł zimnej wody i poszedł kupić jeszcze warzywa. Towarzystwa dotrzymywał nam tata Aslama, który właśnie skończył się golić. Nie znał słowa po angielsku, więc pouśmiechaliśmy się do siebie a potem siedział bez ruchu wyglądając bardzo dostojnie. Z ciekawością przyglądałam się pracy fryzjera. Zaczął nakładać klientowi mydlaną pianę na twarz. Nie skończył jednak na brodzie i policzkach, tylko pojechał po całości, łącznie z nosem i czołem.

Wrócił Aslam i poszliśmy do domu. W kuchni siedziały co najmniej cztery pokolenia kobiet, wszystkie wzięły się za przygotowywanie nam kolacji. Na propozycję pomocy zareagowały wielkim zdziwieniem. Co takie białaski mogą wiedzieć o gotowaniu? Magdalena się uparła i zabrała za krojenie czosnku obserwowana przez kilka par sceptycznych oczu. Ja siedziałam z chłopakami i mieliśmy niezły ubaw. W końcu wygoniły nas na taras. Usiedliśmy na obrusie do spożywania posiłków rozścielonym na posadzce. Przyłączyły się do nas dzieciaki i kuzyn Aslama, przystojniak w typie bollywoodzkiego amanta, z tymi ich rzęsami i mięśniami. Kuzyn miał w mieście sklep z tekstyliami a prócz tego spędził pół roku w Hiszpanii. Oczywiście bardzo nas namawiał na wizytę w swoim sklepie. Podziękowałyśmy i powiedziałyśmy, że się postaramy jutro wpaść. "Dlaczego sprzedawcy w Indiach tak oszukują zachodnich klientów sprzedając im podróbki po wygórowanych cenach?", zapytałam ciekawa odpowiedzi człowieka związanego z branżą. "Każdy chce jak najwięcej zarobić. Ale was na pewno nie oszukam, bo jesteście przyjaciółmi rodziny" odparł kuzyn z rozbrajającą szczerością. Gwiazdy migotały nam nad głowami, z oddali słychać było odgłosy miasta. Pojawiła się potrawka z kozy, ostra jak diabli, do tego chapati. Kiedy skończyliśmy dzieciaki zabrały talerze i obrus, po czym się zmyły. Aslam i Magdalena przeszli w inną część tarasu zatopieni w rozmowie. 

Zostałam z kuzynem ślącym w moim kierunku powłóczyste spojrzenia. Mogłam się w sumie wcześniej domyślić, że coś kombinują. "Maja, zakochałem się w tobie." kuzyn nie tracił czasu na niepotrzebne wstępy, byłam szczerze zaskoczona. "Aha... że co? Jak możesz mnie kochać? Znamy się od jakiejś godziny, nawet mnie nie znasz." Odparłam sceptyczne w stylu europejskiego kina moralnego niepokoju. Kuzyn jechał dalej po bollywoodzku: "Nie ważne jak długo się znamy. Od pierwszej chwili, kiedy Cię zobaczyłem moje serce wie, że jesteś tą jedyną. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułem." Siedziałam gapiąc się na niego z rozdziawionymi ustami. "Jesteś taka piękna. Masz cudowne oczy, uszy, nos..." ciągnął tak przez dobre parę minut, postanowiłam nie przerywać, dobrze mu szło. Podświadomie czekałam na pojawienie się muzyki, do której moglibyśmy rozpocząć nasz romantyczny taniec pod gwiazdami. "Uprawiałaś kiedyś seks?" Zmienił nagle temat. "No... zdarzyło się, raz czy dwa." , "Ja też." Odparł strasznie z siebie zadowolony. "Kiedy byłem w Hiszpanii koledzy wynajęli mi prostytutkę." , "Jak miło. To ja idę sprawdzić co u Magdaleny i Aslama słychać." 
Podeszłam do Magdaleny: "Co tam?", "Aslam mi się oświadczył. Rozmawiał już z mamą i resztą rodziny, nie mają nic przeciwko. Ojcu jeszcze nie powiedział, ale na pewno się zgodzi. Jak ja się zgodzę to przygotuje prezenty dla moich rodziców i pojedzie do Polski prosić ich o moją rękę." "Aha. Czyli to była koza zaręczynowa. Mi kuzyn tylko oznajmił, że mnie kocha. No, ale Aslama znamy już od 3 dni a jego 2 godziny. Późno się zrobiło, wracamy do hotelu?" Pożegnałyśmy chłopaków, umówiliśmy się na spotkanie w sklepie kuzyna następnego dnia i odeszłyśmy w mrok mijając śpiące krowy i wyjące psy. To  był ostatni raz, kiedy widziałam przystojnego, romantycznego kuzyna.


wtorek, 13 sierpnia 2013

Dzień 3 JAIPUR - PUSHKAR

Po drodze do świętego miasta Pushkar zatrzymałyśmy się jeszcze, by zwiedzić Pałac Wiatrów (Hawa Mahal) i Jaipurskie muzeum. Hawa Mahal został wybudowany w 1799 r. przez króla-poetę Sawai Pratap Singha. 

Budynek ma pięć pięter, w ażurowej fasadzie z różowego piaskowca są aż 953 okna, bo pałac powstał po to, by panie mieszkające na królewskim dworze mogły oglądać życie ulicy.


 Z pałacu, który faktycznie ma w sobie coś kobiecego, lekkie, ażurowe konstrukcje, smukłe kolumny i subtelne zdobienia, widać cały Jaipur.


Muzeum też ciekawe, zwłaszcza broń, niesamowita, zwłaszcza moje ulubione katary znane mi głównie z gier komputerowych :) Zaiste inwencja Indusów w kwestii różnorodności przyrządów do pozbawiania bliźniego życia wzbudziła mój podziw.


W końcu opusciłyśmy Jaipur i po kilku godzinach byłyśmy już w Pushkarze.

Pushkar to jedno z najstarszych miast w Indiach. Nie wiadomo kiedy dokładnie powstało, ale dużo bardziej interesujące jest, jak powstało. Brali w tym udział najważniejsi bogowie i boginie, creme de la creme z liczącego plus minus 330 milionów bogów hinduskiego panteonu, czyli nie taka błaha sprawa.
Według hinduskich pism świętych Padma Purana, demon Vajranabha (vel Vajranash) grasował w okolicach dzisiejszego Puszkaru. Pożerał dzieci, gwałcił kozy, itp takie tam zwykłe demonie rozrywki. Nie spodobało się to Brachmie, który przybył w swym fancy pojeździe - kwiecie lotosu i zabił demona. Kwiatek jako środek transportu może i robi wrażenie, ale jest mało praktyczny. W wyniku tej całej awantury odpadły od niego trzy płatki. W miejscach, gdzie spadły na ziemię powstały jeziora: Jyeshta Pushkar (pierwsze i największe), Madya Pushkar (średnie) i Kanishta Pushkar (najniżej położone i najmłodsze). Gdy Brahma zstąpił na ziemię, nazwał to miejsce Pushkar, czyli gdzie kwiat ("Pushpa") wypadł z ręki Brahmy ("kar").
Brahma
By uchronić je przed dalszymi atakami demonów Brahma postanowił przeprowadzić yajnę (ofiara ognia) w największym jeziorze. By nikt mu w tym nie przeszkodził stworzył cztery wzgórza wokół Pushkaru: Ratnagiri na południu, Nilgiri na północy, Sanchoora na zachodzie, Suryagiri na wschodzie i umieścił na nich bogów.
Do przeprowadzenia istotnej części yajny potrzebował asysty swej małżonki Saraswati (vel Savitri), która miała jednak inne plany, była umówiona z Lakshmi, Parvati i Indrani. 

 Tridevi, czyli trójca bogiń: Lakshmi, Parvati, Saraswati
Nie mogła przecież wszystkiego rzucić i przybiec w podskokach, bo mężuś coś sobie wymyślił. Brachma się zirytował, że musi czekać, po czym zastanowił przez chwilę i wpadł na (zapewne wg niego genialny) pomysł. Poprosił boga Indrę (króla nieba), aby znalazł dla niego odpowiednią dziewczynę, z którą mógłby się ożenić i zakończyć yajnę. Indra, czy to przez pośpiech, czy przez to, że dobrze znał Saraswati, znalazł tylko Gujarkę, którą uświęcili przez przepuszczenie jej przez ciało krowy (nie znam i chyba nie chcę znać szczegółów). Bogowie Wisznu, Sziwa i kapłani potwierdzili jej czystość. Narodziła się ponownie i została nazwana Gayatri. 

Gayatri
Brahma poślubił ją i już bez przeszkód mógł kontynuować yajnę. Niezwykle ważnym zadaniem, do którego małżonka była mu potrzebna, było siedzenie obok niego z garnkiem Amrita (eliksiru życia) na głowie. Nic dziwnego, że Savitri się nie śpieszyła.

Saraswati
Kiedy w końcu dotarła na miejsce zobaczyła, że Gayatri, nowa żona jej męża siedzi na jej miejscu obok Brahmy. "Piekło nie zna furii takiej jak kobieta wzgardzona". Zaczęła od Brahmy, rzuciła na niego klątwę, która sprawiła, że nie będzie on czczony nigdzie prócz Puszkaru. Wzięła się też za jego kumpli. Od tej pory Indra miał przegrywać wszystkie bitwy, Vishnu cierpieć rozłąkę z żoną jako człowiek, bóg ognia Agni, który zaoferował yajnę zaczął wszystko pożerać, a kapłanów odprawiających yajni uczyniła biednymi.
Gayatri, która została obdarzona mocą przez yajnę, złagodziła jednak moc klątwy. Błogosławiony Pushkar miał być głównym celem pielgrzymek, Indra na zawsze zachował swoje niebo, Wisznu miał się narodzić jako człowiek - Rama i ostatecznie zjednoczyć z małżonką. Kapłani stali się uczonymi i zyskali przez to szacunek i poważanie.

Tak więc wszystko skończyło się dobrze i zapewne - jak to w Indiach - grupowym tańcem synchronicznym.

Zameldowałyśmy się w hotelu. Był całkiem przyjemny, jeżeli nie zwracało się uwagi na mrówki biegające po pokoju, pościel nie zmienianą chyba od czasów pierwszego gościa (do Indii lepiej nie wybierać się bez własnego prześcieradła...) i wyłączający się prąd (...oraz latarki). Wszystko to wynagrodził nam w pełni basen (tak, tak). Pierwszy i ostatni raz skorzystałyśmy z wziętych optymistycznie strojów kąpielowych.
Po południu wybrałyśmy sie na tzw. safari na wielbłądach. Była to jednak bardziej wycieczka po okolicy, bo do pustyni nie dotarłyśmy.


Wielbłądy to jedne z moich ulubionych zwierzaków, mimo, że jeden próbował odgryźć mi twarz. Mają takie uroczy wyraz pyska, jakby właśnie przypomniały sobie jakiś przedni dowcip i rozczulający przeprost kończyn. Są dużo wygodniejsze niż konie, maja bardziej miękki krok dzięki amortyzatorom przy kopytkach. Pojechałyśmy przed siebie oglądając okolice, pola białych kwiatów które zbierali kolorowo ubrani ludzie, ruiny dawnych świątyń. W oddali widać było góry. W końcu dojechaliśmy do olbrzymiego jeziora Jyeshta Pushkar.


Jego brzegi zamieniono w ghaty, czyli schody prowadzące do wody. Żeby wejść na ghaty trzeba było zdjąć buty, co przy kamieniu nagrzanym do 40 stopni i przylepionych wszędzie gołębich odchodach było niezbyt przyjemne. Postanowiłyśmy zrobić sobie spacer dookoła jeziora.


Ledwo uszłyśmy kilka kroków a przed nami pojawił się ubrany na biało starzec z siwą brodą, z szyi zwisały mu korale a na czole miał czerwona kropę - bindi. Witajcie, skąd jesteście? Macie męża i dzieci? Nie? No to musimy coś na to zaradzić - zaprowadził nas na brzeg, do rąk dostałyśmy po garści płatków czerwonego kwiatu. Kapłan zaczął swoje modły, a raczej zaintonował litanię pobożnych życzeń, które wg niego były spełnieniem marzeń każdej kobiety: żebyście miały dobrego bogatego męża, wasze pierwsze dziecko było chłopcem, itd, itp. Na koniec zawiązał nam po pomarańczowym sznurku na nadgarstku i namazał bindi na czole, a potem zaprowadził do kolegi i kazał sobie zapłacić. A dokładniej mówiąc wpłacić datek na biednych, z którego lwia część szła do kieszeni tychże "kapłanów". Na dowód, ze turyści bardzo chętnie i ochoczo dawali mu pieniądze pokazał nam księgę z wpisanymi dość absurdalnie wysokimi datkami rzędu setek euro. Myślę, ze sam to wpisał puszczając wodze fantazji. Pożegnałyśmy się z pazernym i nachalnym kapłanem, nic na nas biedak nie zarobił. Ja się swojej nitki czary-mary pozbyłam dość szybko, Magdalena nosi do dziś w oczekiwaniu na spełnienie indyjskiej magii. Takie z nas rozważna i romantyczna.


Szłyśmy dalej mijając modlących i kąpiących się w świętych wodach jeziora ludzi. Kobiety stały w ubraniu zanurzone po pas, faceci rozebrani pływali, czyli generalnie było widać, kto się lepiej bawi. Dookoła fruwały gołębie, krowy skubały niewidoczne kępki trawy. Doszłyśmy do punktu wyjścia, wsiadłyśmy na Rockiego i Johnego, które puściły się galopem do następnego miejsca, którym była świątynia Brahmy. Kolejny raz trzeba było zdjąć buty a także zostawić aparaty przed wejściem.
Weszłyśmy po schodach z białego marmuru, przeszłyśmy przez marmurową bramę. Centrum placu zajmowała świątynia. Niebieskie kolumny skrywały ołtarz z posagiem Brahmy, gdzie odbywała się pudźa. Dookoła, przy zewnętrznym murze znajdowały się mniejsze świątynki. Ludzie składali ofiary z kwiatów i słodyczy. Co jakiś czas postawiony był "karmnik dla pszczół" pełen kwiatków i cukierków. Jak nietrudno się domyślić latało tam mnóstwo pszczół, os i innych równie stresujących owadów. Było też zejście do podziemi. Sympatyczny Hindus zachęcił nas, byśmy tam weszły i zobaczyły świętego człowieka. Zeszłyśmy schodami do wąskiego korytarzyku wykutego w skale, który rozszerzał się tworząc niewielki pokój, w którym siedział Sadhu. Przechodzili kolo niego ludzie, stawali na chwilę by się pomodlić, wrzucić datek do misy z żelazną kobrą, a potem szli dalej.

Zapadał zmierzch, trzeba było wracać. Zostawiłyśmy nasze wierzchowce przed hotelem. Okazało się, ze mieszkają niedaleko, wiec kiedy wieczorem wyszłyśmy coś zjeść Rocky & Johny staly przywiazane do parkanu, najedzone i ogarnięte do spania, a ich ludzcy towarzysze właśnie spożywali kolację.
Puszkar to dość gwarne miasteczko. Dużo tam białasów, głównie z Anglii i Rosji, chcących doznać oświecenia. Mają im w tym pomóc liczne ashramy oferujące zajęcia z yogi i medytacji, tak obecnie trendy wśród hipstero-hipisow. Tam pierwszy raz natknęłyśmy się na tych nawiedzonych, wytatuowanych, obwieszonych koralami dziwaków, którzy już dawno dojrzeli do swojej corocznej kąpieli. Wiadomo, co kto lubi, ale trudno było się nie nabijać z tej złotej młodzieży bawiącej się w nirwanę w oparach świętego ziela Sziwy.
Usiadłyśmy w malej knajpce, gdzie kucharz na bieżąco przygotowywał dal i piekl ciapaty w rozgrzanym do czerwoności starożytnym kamiennym piecu. Ogólnie w Puszkarze, mimo widocznego nastawienia na turystów, wyczuwalna jest aura czegoś bardzo starego, mistycznego. Zwłaszcza w nocy, gdy człowiek siedzi owiewany dymem z kamiennego pieca, obserwuje przechodzące krowy i orszak weselny jedząc placki, których smak nie zmienił się od tysięcy lat.
Na ścianie jadłodajni wisiała malutka umywalka, przy niej za rurę wetknięta była szczoteczka do zębów i pasta. Podszedł do niej koleś, który skończył jeść i umył zęby. Szturchnęłam Magdalenę zapatrzoną w czarną krowę - patrz, to szczoteczka dla klientów. Możesz sobie umyć zęby, żeby nie chuchać cebulą, jakie to mile. Po jedzeniu poszłyśmy jeszcze pooglądać stragany z biżuterią i ubraniami a potem grzecznie do hotelu. Rocky i Johny już spali. Tak samo ich poganiacze, kawałek dalej chrapali rozwaleni na rozłożonych przy drodze kocach. Poszłyśmy spać i my.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Dzień 2 AMER, JAIPUR

Wiatrak pracowicie mielił powietrze. Leżałam przez chwilę w półmroku kontemplując kunsztowne girlandy kwiatów namalowane na suficie. Indyjskie łóżko było zaskakująco wygodne, pierwszy raz od dwóch dni czułam się wypoczęta. Wstałam, rozsunęłam ciężkie zasłony i wyszłam na mikroskopijny balkonik, który skrywały. Plus 40°C na zewnątrz, uroczy poranek, temperatura nie zdążyła się jeszcze rozbujać. 
Balkon wychodził na ulicę, po której jeździły samochody i skutery omijając dostojnie kroczącego słonia. Za słoniem zaprzężony w wóz dreptał wielbłąd. Wszystkiemu przyglądała się leżąca na poboczu, zblazowana święta krowa. 
Hey Dorothy, you're not in Kansas anymore.
Tylko w Indiach.
Trzeba ruszyć szanowne niewymowne i sprawdzić, gdzie poszedł słoń.
Mieszkałyśmy w hotelu w mieścince Amer (lub Amber, była stolica Radżasthanu), niedaleko Fortu Amer. Za murami mieści się kompleks pałacowy, wybudowany w XVI wieku z czerwonego piaskowca i marmuru. 

Położony jest na wzgórzu i można się do niego dostać na piechotę, abo na słoniu. Oczywiście prawdziwy backpacker nie zniży się do skorzystania z tak turystycznej atrakcji jaką jest przejażdżka na słoniu i pójdzie na piechotę wśród słoniowych kup, ale kij w oko prawdziwym backpackersom. Ominęłyśmy sprawnie sprzedawców pamiątek i chwilę potem bujałyśmy się w rytm słoniowych kroków w drodze do fortu.

Po dotarciu na miejsce kupiłyśmy bilety (Indianie - 10INR, reszta świata - 200) i weszłyśmy do pałacu. Grube mury obronne skrywają przepięknie zdobione ażurowe budowle. Podziw wzbudzają zastosowane tam rozwiązania architektoniczne. Chociażby pokrycie ścian wąskiego korytarza mieszaniną sproszkowanego marmuru i białka jajek. Dzięki temu ściany odbijają światło z nielicznych, małych okienek i w przejściu jest jasno bez zastosowania sztucznego oświetlenia.


Przy najbardziej okazałej budowli Sheesh Mahal czyli Lustrzanym Pałacu usłyszałyśmy znajome dźwięki. Wycieczka lekarzy z Polski, której organizatorem i przewodnikiem był Hindus w naszej pięknej ojczyźnie mieszkający. Przywitałyśmy się. Gdy dowiedzieli się, że podróżujemy na własną rękę okrzykom podziwu i przerażenia nie było końca (Ale jak tak same? Dwie dziewczyny? Ja bym się bał/a!). Bardzo to było miłe i łechtające nasze ego, poczułyśmy się takie dzielne i waleczne. Zostałyśmy wchłonięte do grupy, dostałyśmy wody i pałętałyśmy się z nimi po forcie oglądając jego główne atrakcje.

Kiedy zaliczyliśmy już wszystkie "must see" pożegnałyśmy wycieczkę i ruszyłyśmy się poszwendać po fortowych zakamarkach. Przemykałyśmy wąskimi korytarzami, wspinałyśmy się na mury, straszyłyśmy nietoperze śpiące w dziwnych urządzeniach i testowałyśmy kilkusetletnie kibelki. Trafiłyśmy nawet do fortowej świątyni i uczestniczyłam w pierwszej w moim życiu pudży, czyli dostałam kropkę.

Po południu pojechałyśmy do Jaipuru zwanego Różowym Miastem (jeden z maharadżów miał kaprys pomalować sobie całe miasto na różowo. Kto bogatemu zabroni. Śmiem jednak twierdzić, że jest to raczej łososiowy niż różowy), obecnej stolicy Radżasthanu. Zwiedziłyśmy tam Pałac Miejski. Interesujący kompleks pałacowy, zbudowany w XVIII wieku, rozbudowywany do XX, łącząc w sobie styl Shilpa Shastras z indyjskiej architektury z Rajput, mogolskiego i europejskich stylów architektonicznych. Obecnie mieści się tam muzeum, ale największa część jest nadal rezydencją królewską. 

Potem na szybko Jantar Mantar, do którego dotarłyśmy chwilę przed zamknięciem. Obserwatorium astronomiczne również z XVIII w., Nazwa pochodzi od jantar (instrument) i mantar (wzór, czy w tym kontekście obliczenia). Dlatego jantar mantar oznacza dosłownie "przyrząd obliczeniowy". Obserwatorium to ma również znaczenie religijne, bo starożytni indyjscy astronomowie byli także mistrzami Jyotisa.


Składa się z czternastu głównych urządzeń do pomiaru czasu, przewidywania zaćmień, określania azymutu, śledzenia położenia gwiazd względem Ziemi itp. Do tej pory lokalni astronomowie używają go do przewidywania pogody. Bardzo to wszystko ciekawe i żałuję, że nie miałam możliwości zobaczyć jak się na nich pracuje. Jako ostatnie wyszłyśmy z obserwatorium. 

Zjadłyśmy obiad w jednych z lokaleskich knajpek. Wybrałam potrawę na chybił trafił, okazała się być kalafiorem w sosie z plackami chapati. Po jedzeniu przyszedł czas na wizytę w sklepach, biżuteria ze złota i klejnotów wybitnie nie trafiła w moje gusta, taka indyjska cepelia. Dużo ciekawszy okazał
się zakład krawiecki połączony z fabryką materiałów, dywanów i sklepu z ubraniami. 


Spędziłyśmy tam w sumie kilka godzin oglądając chusty, przymierzając sari i słuchając wykładu na temat "jak nie dać się oszukać innym złym indyjskim sprzedawcom paszminy". 
Po pierwsze szal z paszminy nie jest zakańczany w żaden sposób, np gruzełkami, tylko luźno wystającymi końcówkami paszminowych nitek. Oprócz tego paląca się nitka paszminy pachnie jak spalone włosy.
Najwięcej radochy dało nam przymierzanie sari, ja wybrałam czerwone z jedwabiu, Magdalena białe. 


Nie mam pojęcia jak Indianki to noszą, 6 metrów materiału, śliskie jak diabli. Z tego co widziałam przypinają  agrafkami na ramieniu, ale i tak lata praktyki potrzeba, żeby nie znaleźć się nagle à moitié nue na środku ulicy. Właściciel sklepu był niepocieszony, że nie kupiłyśmy sobie sari. "Bardzo pięknie wyglądacie. Sari bardzo praktyczne, bardzo eleganckie, do pracy możecie nosić."


Wróciłyśmy do hotelu. Zapadał zmierzch i zgodnie ze wszystkimi wytycznymi "dobrych rad" z netu powinnyśmy się zacząć barykadować i nie wychodzić stamtąd do świtu. Jak jednak wiadomo każdemu, kto choć raz był w jakimś południowym kraju, życie tam zaczyna się po zachodzie słońca. W Indiach tak samo.
Odpoczęłyśmy chwilę i ruszyłyśmy na spacer, oglądnąć sobie Amber. 

Chodziłyśmy po uliczkach między straganami z warzywami i owocami, głaskałyśmy święte krowy po chrapkach, gapiłyśmy się na ludzi a oni na nas. U wylotu jednej z bocznych uliczek rozciągnięty był olbrzymi transparent WELCOME. Jak welcome to welcome, idziemy, najwyżej nas wyrzucą. Uśmiechnęłyśmy się uroczo do pana policjanta stojącego pod transparentem i ruszyłyśmy pod górę. Okazało się, ze weszłyśmy na podwórko jednego z domów, gdzie trwały przygotowania do imprezy. Niedaleko stał jakiś koleś i patrzył na nas ze zdziwieniem. Podeszłyśmy do niego i zapytałyśmy, co tu się dzieje? Ślub jego siostry. Wow, super, nigdy nie byłyśmy na indyjskim ślubie. To zostańcie, zapraszam. 
Nasz nowy przyjaciel miał na imię Aslam. Posadzono nas przy stole z mężczyznami, który znajdował się przed domem. W menu były chapati, do tego daal i pyszne lassi, a na deser słodycze w postaci smażonych kulek czegoś. Objadłyśmy się nieprzytomnie. Aslam oprowadził nas po włościach, poznałyśmy jego olbrzymią, muzułmańską rodzinę. Na początku byli dość onieśmieleni, ale szybko przełamałyśmy lody i już po chwili zaczęła biegać za nami wataha dzieciaków. 

Na podwórku przed domem wystawione były prezenty dla państwa młodych, od żelazka po wielkie łoże z rzeźbionym zagłówkiem. Pełne wyposażenie domu, każdy mebel z innej bajki. Panna młoda nie będzie nawet mogła po swojemu mieszkania urządzić. 
Kobiety i dzieci jadły za domem. Nie rozumiem za bardzo tych muzułmańskich podziałów pod względem płci w takich sytuacjach. Jeśli kobiety i mężczyźni posadzeni by zostali przy jednym stole to co? Rzucili by się na siebie i rozpoczęli dziką orgię?
 Zwiedziłyśmy także "zaplecze", gdzie w prowizorycznej kuchni przygotowywane było jedzenie dla tabunów gości. Sympatyczna pani lepiła chapati. Oczywiście też musiałam spróbować. Jej były doskonale okrągłe, moje - każdy inny, od kwadratów po rąby. Kiedy chciałam poprawić te najgorsze, machnęła ręką "zostaw, zjedzą."


W końcu weszłyśmy do domu, na patio siedziały kobiety. Tam też na pokaz wystawiony został posag dziewczyny. Jak w bajce - wielka skrzynia pełna złotej biżuterii, oprócz tego z tuzin kompletów sari. Cały czas rozglądałam się za panną młodą. Kobiet ubrane były przepięknie, kolorowe sari i kilogramy złotej biżuterii z drogimi kamieniami, każda z nich wyglądała, jakby to był jej wielki dzień. 


Nasze nowe koleżanki zaczęły ciągnąć nas na piętro, do pokoju  przyszłej żony. Był zamknięta na kłódkę. Weszłyśmy do środka. Spodziewałam się podekscytowania i strojącej do uroczystości dziewczyny, a zastałyśmy siedzące na podłodze biedactwo, kiwające się, jakby miało chorobę sierocą. Po poznaniu szczegółów przestałam się dziwić. Siedemnastolatka miała wyjść za mąż za dwudziestojednoletniego kolesia, którego wcześniej na oczy nie widziała. Po całej imprezie wyjeżdżają do innego miasta, by zamieszkać z jego rodziną. Zostawiłyśmy ją z jej przedmałżeńską medytacją i zostałyśmy zaciągnięte do pokoju dla kobiet, czegoś w rodzaju "buduaru". Biedny Aslam, drzwi mu przed nosem zatrzasnęły i wzięły nas w obroty. Zrobiły nam makijaż, przebrały w sari i biżuterię, po czym rozpoczęła się sesja zdjęciowa. Wszystkie miałyśmy ubaw po pachy, przebieranki i sweet focie bawią ludzi, niezależnie od tego na jakiej szerokości geograficznej się urodzili. 

Zabawę przerwały fanfary i słoń, który poprzedzał pojawienie się oblubieńca na białym koniu. Koń paradnie przybrany, pan młody okryty "płaszczem" z pieniędzy, pewnie na szczęście. Na twarzy miał firanę z kwiatów jaśminu, jak zdołał pod tym oddychać przy takiej temperaturze, nie mam pojęcia. Z młodym przybyła jego rodzina. Usiadł na podwyższeniu na podwórku, kwiatki z twarzy mu zdjęli, uśmiechał się nieprzytomnie, pewnie za dużo jaśminu. Wydawał się sympatyczny. Przybył imam. Nawet wtedy młodzi się nie spotkali. Poszłyśmy do pokoju, gdzie podpisywała umowę małżeńską dziewczyna. Był pełen kobiet. Matka, babka, przyszła teściowa, ciotki i kuzynki. Nigdy wcześniej nie widziałam takiej ilości złota na centymetr kwadratowy ludzkiego ciała. Młoda przykryta chustą, na twarzy, a jakże, firana z jaśminu. Po dłuższej chwili spod chusty wysunęła się ręka ozdobiona henną i złożyła kilka podpisów w księdze. Bez zbędnych ceregieli imam zamknął księgę, zabrał młodej długopis, poszedł po autograf młodego i po ślubie. Wyszłyśmy z dusznego pomieszczenia pogadać z nowymi znajomymi. Impreza dobiegała końca, część rodziny jeszcze dojadała frykasy, reszta zbierała się do wyjścia. Z tego co mówił Aslam, na uroczystość było ok 5000 gości. Postanowiłyśmy pożegnać się i my. Zaczęły się uściski i całuski z paniami i dzieciakami. 


Mój ulubiony chłopiec adhd, który niezmordowanie biegał za mną cały wieczór, okazał się być bratankiem Aslama. Jego brat zmarł na marskość wątroby z powodu nadużywania alkoholu. Aslam również za kołnierz nie wylewał, jak się potem okazało. W ogóle ci indyjscy muzułmanie to straszne chlejusy, zważywszy na to, że teoretycznie wszyscy są abstynentami. Osieroconym bratankiem zajmował się Aslam. Kiedy zapytałyśmy o jego matkę odpowiedział enigmatycznie: odesłaliśmy ją. A mały nie tęskni za mamą? Nie.
O ile rytuał Sati został zakazany (Samospalenie wdowy ze zwłokami męża, a także francuska marka kawy. Francuzi mają dziwne poczucie humoru.), to wdowa w Indiach jest traktowana jak przeklęta, przynosząca pecha sprawczyni śmierci męża (obojętnie jakiej). Jest wyrzucana na ulicę, pozbawiana kontaktu z dziećmi. Musi ogolić głowę, ubierać się na biało, nie może używać przypraw itd. Jedyną jej szansą są dorośli synowie, którzy łaskawie zgodzą się mamą zaopiekować.

Zostałyśmy zaproszone na ciąg dalszy wesela następnego dnia, ale w planie miałyśmy wyjazd do Puszkaru.

czwartek, 4 lipca 2013

Dzień 1 WARSZAWA - DELHI - JAIPUR

Wylot z Warszawy 16.55. Międzylądowanie w Monachium i godzinna przerwa na herbatę, kawę i czekoladę w opór [Lufthansa ma bardzo przyjemne lotnisko z gorącymi napojami za free] a potem już prosto do Delhi. 

Kilka uwag dla szukających tanich biletów do Indii: uważać przy ofertach promocyjnych, bo zwykle wiąże się to z 24 godzinnym koczowaniem na lotnisku w Moskwie czy innym Dubaju, w oczekiwaniu na lot do Delhi [chyba, że ktoś lubi]. Radzę też sprawdzać i porównywać wysokość opłaty serwisowej na portalach gdzie kupujecie bilety.

Wylądowałyśmy punkt 6.45 i z lekka przymulone po podróży ruszyłyśmy w poszukiwaniu metra. 
Pierwotny plan zakładał, że z lotniska odbierze nas kuzyn znajomego Magdaleny, oryginalnego Indusa z Delhi. Koleś prowadzi restaurację w Wawie i kiedy postanowiłyśmy się wybrać do Indii Magdalena, która często się tam stołowała zaczepiła go, czy w związku z naszym wyjazdem nie miałby dla nas jakichś wskazówek. Indus bardzo sympatyczny, udzielił jej wielu rad i przestróg. Między innymi kazał jak najszybciej uciekać z Delhi, bo tam mordują i gwałcą, woda jest niezdatna do picia, do taksówek lepiej nie wsiadać bo na pewno wywiozą gdzieś i okradną, itd. w ten deseń. A poza tym cała reszta kraju jest ok.
Zaproponował też pomoc w postaci swojego kuzyna, który miał nas z lotniska odebrać, pomóc wynająć hotel i kupić bilety na pociąg, byśmy się jak najszybciej wydostały z tego przedsionka piekieł.
Propozycję pomocy przyjęłyśmy z ulgą, mając na uwadze powtarzające się informacje o protestach i zamieszkach w Delhi, a także informacje o tym mieście znalezione w necie. Dzień przed wyjazdem niespodzianka - kuzyn jednak się nie pojawi. Bo nie.
Przez to, w ferworze przygotowań nie zdążyłyśmy sobie zabukować hotelu, znałyśmy tylko ulicę tzw. turystyczną, na której było mnóstwo hosteli, niedaleko stacji metra i dworca kolejowego.

Szłyśmy więc po indyjskiej ziemi w stronę metra, pytając się o drogę miłych tubylców gdy przed nami wyłonił się uśmiechnięty facecik i zaproponował taksówkę. W cenie parę groszy wyższej niż bilety do metra. Plecaki ciężkie, my zmęczone, dobra, wsiadamy do taksówki. Powiedziałyśmy i pokazałyśmy dla pewności na mapie, że chcemy jechać na Main Bazaar przy New Delhi Train Station. Oczywiście, że wie, gdzie to jest "no problem". Pojechaliśmy.
To był pierwszy błąd, który popełniłyśmy w Indiach. Nie wsiada się do taksówki na lotnisku w Delhi, jedzie się metrem.

Jechaliśmy już dobre dwa kwadranse podziwiając przewijające się za oknem widoki. Niekończące się wysokie betonowe mury zakończone drutem kolczastym albo tłuczonym szkłem. Betonowe wiadukty, betonowe kupy gruzu, jakieś rudery z betonu i blachy, śmieci. Co jakiś czas pojawiał się kolorowy akcent w postaci żółtej zapory policyjnej. Ulice były prawie puste, czasem przemknął jakiś facet. Wyglądało to wszystko jak jakiś olbrzymi kompleks więzienny. Kontemplację widoków przerwał kierowca pytając, gdzie dokładnie chcemy jechać? No jak to gdzie? Przecież podałyśmy ci ulicę i powiedziałeś, że wiesz, gdzie to jest. Ale już nie wie. 


Popatrzyłyśmy z Magdaleną po sobie, klasyczny taksówkarski fortel opisywany we wszystkich przewodnikach po Indiach, zaraz się pewnie zatrzymamy przy jakiejś agencji turystycznej. No to niech się lepiej przygotuje na awanturę, bo nie damy mu kasy dopóki nas nie przywiezie na miejsce. 

Zatrzymaliśmy się przy agencji turystycznej. Weszłyśmy do środka a taksówkarz poszedł do bramy obok poplotkować z kumplami. Pan agent zaczął roztaczać przed nami uroki wspaniałych wycieczek. Przerwałyśmy mu uprzejmie, że owszem, wycieczki super, ale na razie chcemy tylko, żeby wytłumaczył naszemu kierowcy jak dojechać na Main Bazaar. No problem. Pogadał chwilę z taksówkarzem, ten pokiwał głową, że już wszystko wie, możemy jechać.
Mury, rudery, gruz, mury, rudery, gruz, rudery, rudery... zatrzymaliśmy się przed jedną z wielkimi szklanymi drzwiami. Co to jest? No hotel. Dlaczego się tu zatrzymałeś, skoro miałeś jechać na Main Bazaar? Bo nie wiem, gdzie to jest. Noż kurrrr... weszłyśmy do hotelu. Ile za noc? 5000. LOL, możemy dać 500. Tyle to nie, ale 3000 może być? Nie. 2000? Nie! 1500? Nie chcemy spać w waszym hotelu, wytłumaczcie tyko prosimy pięknie naszemu kierowcy gdzie jest Main Bazaar przy New Delhi Train Station i już nas nie ma. Pogadali chwilę z taksówkarzem, ten pokiwał głową, że już wszystko wie. Na pewno? Na pewno. Możemy jechać.
Mury, rudery, gruz, mury, rudery, gruz, rudery, rudery... zatrzymaliśmy się przed kolejną agencją turystyczną. Gdyby to było jakieś normalne miasto wyglądające jak miasto, to już dawno pożegnałybyśmy taksówkarza i poszukały szczęścia na ulicy wśród życzliwych tubylców. Ale to było Delhi, tu mogłybyśmy co najwyżej usiąść na gruzie pod murem. Miałyśmy już jednak dość, postanowiłyśmy rozstać się z taksówkarzem i spróbować coś zdziałać w agencji.

Weszłyśmy do środka. Przywitał nas właściciel z uśmiechem mówiącym: "lo and behold! Oto ja, ociekający zajebistością super przystojny i bogaty mężczyzna waszych snów." 


Jakiś czas później Magdalena ochrzciła go przydomkiem Pizduś, co wspaniale do niego pasowało.
Powtórzyłyśmy jak mantrę, że chcemy tyko dostać się na Main Bazaar i prosimy o zamówienie nam taksówki ze zdrowym psychicznie kierowcą. On na to, że ulica ta jest zamknięta przez zamieszki spowodowane kolejnym gwałtem, tym razem na jakimś chłopcu. Matko Bosko! No to niech nas wiezie na stację gdzie kupimy sobie bilety do Agry albo Jaipuru. Sprawdził w necie, nie ma już biletów.
Postanowiłyśmy być z Pizdusiem szczere. Powiedziałyśmy mu, że już zostałyśmy oszukane przez taksówkarza i tak jakby mu nie wierzymy. Ale się wkurzył. Usłyszałyśmy, że on jest kryształowo uczciwy, może inni właściciele agencji faktycznie łżą jak psy, ale nie on! On jest z bogatej rodziny i nie potrzebuje naszych nędznych pieniędzy!!! Swoją drogą słyszałyśmy to potem jeszcze wiele razy, każdy sprzedawca zapewniał, że inni Indusi to oszuści i złodzieje, tylko nie on. Indianie nie są specjalnie solidarnym narodem.
Zadzwoniłyśmy do polskiej ambasady. Potwierdzili wersję Pizdusia. Przejęłyśmy jego komputer i telefon, i próbowałyśmy znaleźć jakiś hotel. Wszystko zajęte. Dobra, Pizduś, pokaż co masz nam do zaoferowania.


Kilka godzin i chai później, po burzliwych negocjacjach za połowę ceny wyjściowej miałyśmy wynajęty na kilka dni samochód z kierowcą. W międzyczasie przyjęłyśmy zaproszenie do Pizdusiowego domu "bo po co macie płacić za hotel" kiedy znów przyjedziemy do Delhi. Rozochocony tą wizją dorzucił nam jeszcze gratisy - wejście do Taj Mahal, słonie, wielbłądy itp. atrakcje. Oczywiście nie miałyśmy zamiaru u niego nocować, ale trzeba było zbajerować chłopaka, bo adorowany Pizduś był ugodowy i skłonny do współpracy a niezadowolony krzyczał, dąsał się i rzucał przedmiotami. Pokazał jeszcze miejsce, gdzie mogłyśmy kupić indyjską kartę do komórki. Uruchomienie takiej karty to droga przez mękę, ale wtedy na szczęście jeszcze o tym nie wiedziałyśmy.
W końcu z ulgą pożegnałyśmy Delhi i wyruszyłyśmy do Jaipuru.