Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 grudnia 2013

Dzień 10 VARANASI

Po drobnych dwóch godzinach opóźnienia pociąg dowlókł się do Varanasi. 

Przez hindusów zwane Kaśi jest jednym z najstarszych siedlisk ludzi, zamieszkałe nieprzerwanie od ok czterech tysięcy lat. By mieć nadzieję na przerwanie koła samsary i ostateczne uwolnienie od przymusu kolejnych narodzin, lub chociaż częściowe przepalenie karmy i odrodzenie w lepszych warunkach hindus przybywa do Varanasi by tam umrzeć, a jego doczesne szczątki powinny zostać spalone na Manikarnika ghat, wyjątkowym, świętym miejscu, gdzie sfery niebiańskie stykają się ze sferami ziemskimi i podziemnymi. 
Rytuał spopielania ciała po śmierci jest tak stary jak cała indyjska cywilizacja. Przepalenie najgrubszej materii człowieka, jaką jest jego fizyczne ciało pozostające w okowach pożądania, nienawiści i zaślepienia, pozwala szybciej uwolnić atmana, boską cząstkę człowieka należącą do niezniszczalnego brahmana i uzyskać samadhi. Nie spopiela się ciał ludzi ukąszonych przez kobrę (święty wąż Wisznu), dotkniętych trądem (ich ciała są przepalone chorobą, więc ich karma jest oczyszczona), małych dzieci, kobiet w ciąży oraz świętych mężów. Ich ciała są wrzucane bezpośrednio do rzeki.
Woda jest paradygmatem wszystkich religii hindu. Ma moc oczyszczania i jest nieskończonym źródłem energii życia, a kąpiel w świętej rzece zawsze przywraca moc z chwili narodzenia. Wokół rzeki Gangi, z przywiązania do jej piękna i tajemnicy utworzyła się największa z religii świata, Kumbha Mela, starożytna jak ludzka pamięć o pierwszych osadach nad rzeką Saraswati, przeniesionych na Nizinę Gangestańską. Kraina Bharatów, kolebka dzisiejszych Indii, leży w dwurzeczu Gangi i Jamuny.

 Bogini Ganga
Zrzuciłyśmy graty w hotelu i wyszłyśmy by zwiedzić okolicę, a zwłaszcza zobaczyć te słynne ghaty i coś zjeść przy okazji. Znalazłyśmy w miarę czystą knajpkę, nie mogłam już patrzeć na daal, zamówiłam smażony ryż z warzywami. W kwestii smaku obie potrawy mogły sobie podać ręce, ryż trudniej było zapomnieć, bo ciężkostrawny siedział na żołądku. Postanowiłam się zbuntować kulinarnie i zapowiedziałam Magdalenie, że od tej pory moim głównym zadaniem na tej wycieczce jest znalezienie porządnej pizzerii. Przeszłyśmy przez plątaninę wąskich zaśmieconych, cuchnących moczem uliczek i wyszłyśmy na ghaty. 




Słońce prażyło niemiłosiernie na odkrytym terenie. Ruszyłyśmy przed siebie oglądając zaniedbane pałace maharadżów, niektóre przerobione na hotele, w niektórych mieszkały tylko małpy i szczury. 


Po schodach z gracją biegały krowy i kozy. Był to kolejny punkt do skreślenia z mojej listy pt. "Nigdy nie widziałam..." Pod ścianami pałaców swoje legowiska mają "święci sadhu", czy też hipisi, jak pogardliwie nazwał ich spotkany przez nas hindus.


Powiedział też, że prawdziwi sadhu, pustelnicy żyją w swoich samotniach w lesie na przeciwnym brzegu Gangesu, nie paradują przed turystami. Wyrzekając się wszelkich dóbr tego świata i działania na jego rzecz, by w ten sposób nie gromadzić nowej karmy. Sadhu hipisi siedzą w swoich kolorowych szałasach upaleni świętym zielem Shivy a swymi mądrościami dzielą się najchętniej z turystami, za drobną opłatą oczywiście.


Nad samym brzegiem Gangesu zacumowanych było mnóstwo łodzi, niektóre stały na brzegu dopiero w fazie produkcji. Śmieci tradycyjnie walały się wszędzie, ale Ganges był zaskakująco od nich wolny. Rzeka ta ma wręcz magiczne właściwości samooczyszczania się ze wszystkiego co z wielkim zapałem wrzucają, wlewają i wsypują do niej Indianie. Mimo to nie odważyła bym się zamoczyć choćby palca. Hindusi pokładają wielką ufność w Gandze. Idąc z biegiem rzeki można zaobserwować kolejno jak spalane są zwłoki a prochy wsypywane do rzeki gdzie kąpią się krowy. Kawałek dalej robione jest pranie, kąpią się ludzie a jakiś pan nabiera wody do sporego kanistra co by rodzina, która nie przyjechała z nim też mogła się napić i tak dalej rzeka sobie płynie. Ganga jeżdżąca na krokodylu musi bardzo kochać swoich wyznawców.


Usiadłyśmy w cieniu obserwując kąpiel czarnych krów. Opiekujący się nimi chudy jak badyl dziadek próbował wpędzić do rzeki wielkiego byka, który to nie przejawiał ochoty na kąpiel. Było to dość dziwne, bo na przykład ja bardzo przejawiałam.


Wróciłyśmy do hotelu by przespać najgorętsze godziny południowe i planowałyśmy wrócić nad Ganges by zobaczyć słynną wieczorną ceremonię. Po zachodzie słońca znów zaszczyciłyśmy ulicę naszą obecnością. Tym razem postanowiłyśmy pobuszować trochę po plątaninie uliczek ciągnących się wzdłuż brzegu Gangesu. 


W dzień wychodzą tylko ci, co muszą. Wieczorem załatwia się większość spraw. Otwarte zostały wszystkie sklepiki, rozłożono stragany z owocami, z kapliczek słychać było śpiew i dźwięk instrumentów, nawet krowy się ożywiły.


Był to fascynujący spektakl i gdy w końcu dotarłyśmy na miejsce ceremonii został po niej tylko rozwiewający się dym z kadzideł i mlaszczący ludzie, bowiem co wieczór rozdawane jest tam jedzenie i każdy głodny człowiek dostanie miskę daalu. Patrzyłyśmy z podziwem na tą bardzo sprawnie zorganizowaną kuchnię polową a na nas patrzył jakiś białas. Uśmiechnęłam się do niego. Podszedł: "Cześć jestem Dawid z Anglii", "Cześć Dawidzie, jesteśmy M&M z Polski. Wiesz może gdzie tu można zjeść pizzę?" Wiedział. Czyż mogło być piękniej. Przez resztę wieczoru pałętaliśmy się wspólnie.

Chciałyśmy zobaczyć z bliska Manikarnika ghat, gdzie niemal przez całą dobę płoną stosy. Ruszyliśmy więc w jego stronę. Nagle doczepił się koleś, który postanowił zostać naszym przewodnikiem. W Indiach ciągle się ktoś doczepia, zwykle jest to jakiś oślizgły, arogancki typek który za "usługę" której człowiek od niego nie chce żąda po jej wykonaniu pieniędzy. Drugim typem, występującym dużo rzadziej jest ktoś po prostu sympatyczny, chcący podzielić się wiedzą o swojej kulturze, bo jest z niej dumny (zwykle w stylu "nasza 4000-letnia religia jest lepsza od waszej 2000-letniej."). Podziękowałam mu i powiedziałam, żeby sobie poszedł ale nie przyjął tego do wiadomości i dalej gadał jak nakręcony. Podeszliśmy już niedaleko stosów i chcieliśmy wejść na stojący nieopodal rząd ławek, kiedy zaczął wydzierać się wniebogłosy, że kobietom jest tam wstęp wzbroniony. Dlaczego? Bo histeryzują na pogrzebach. Daniel zasugerował, żeby zignorować kolesia i tak też byśmy zrobiły gdyby nie fakt, że o ile na nas nikt nie zwracał uwagi to na wrzeszczącego na nas faceta już tak. Powiedział, że nas zaprowadzi naokoło, żebyśmy nie zakłóciły spokoju żałobników. Przeszliśmy kilka metrów i już nie było przeszkód, byśmy mogły usiąść obok Daniela. Hindus postanowił w końcu przejść do konkretów. Oświadczył, że on za swoje opowieści nie chce żadnych pieniędzy, ale żebyśmy mu dały na drewno dla biednych, tysiąc rupii wystarczy na niewielki stosik. Altruista chędożony. Z wielce zatroskaną miną odparłam, że szkoda, że nie powiedział nam o tym wcześniej, to by mu zaoszczędziło fatygi bo wybraliśmy się na spacer bez portfeli.
Płonęły stosy pogrzebowe, po chwili cali pokryci byliśmy popiołem. Zwłoki palone są na kilku poziomach. Najwyżej pali się ludzi bogatych, najbiedniejszych nad samym brzegiem Gangesu. Płeć denata można poznać po kolorze materiału, którym jest przykryty. Białe płótno dla mężczyzn, kolorowe dla kobiet. Materiał płonie najszybciej i na tle ognia widać było groteskowy zarys kończyn. Nad tym wszystkim wznoszą się poszarzałe od dymu budynki. Starzy, biedni hindusi przebywają w nich aż do śmierci, by potem na pewno być spalonym na Manikarnika i mieć szansę raz na zawsze opuścić ten padół łez. Gdy już miałyśmy dość wdychania czyjejś babci pożegnałyśmy się z Danielem i ruszyłyśmy do hotelu pragnąc tylko wytrzepać się z popiołów (oczywiście z należytym szacunkiem) i przede wszystkim prysznica.

W Varanasi chyba najlepiej widoczne jest mieszanie się sacrum i profanum. Na ghatah toczy się życie we wszelkich jego aspektach, ludzie tam po prostu mieszkają, na łodziach czy w szałasach niczym huby przyrośniętych do murów pałaców. Jedzą, wydalają, kąpią się, prowadzą życie towarzyskie i interesy, hodują bydło, i umierają. To wszystko obserwują ze swych kapliczek i świątyń bogowie, słychać pieśni i mantry, ludzie modlą się zanurzając w świętych wodach Gangesu obok innych ludzi robiących w tych świętych wodach pranie. Jest w tym wszystkim jakaś taka cudowna wolność niespotykana u nas, gdzie wszystko zaraz skończyło by się mandatem, sanepidem, urzędem skarbowym, tablicami zakazów, nakazów i dużą ilością płotów.

sobota, 23 listopada 2013

Dzień 9 KHAJURAHO - VARANASI

Rano wymeldowałyśmy się z hotelu, zostawiłyśmy plecaki w komórce obok recepcji i ruszyłyśmy w miasto. Poprzedniego dnia oglądnęłyśmy co ma do zaoferowania Khajuraho sprzed kilku tysięcy lat. Tego przyszedł czas na Khajuraho współczesne. Najpierw jednak postanowiłyśmy zwiedzić okolicę. Polecany przez przewodniki oraz rikszarzy wodospad wydał się ciekawy, ale w czasie pory suchej zmienia się w ciurkający strumyczek. Pojechaliśmy zatem do rezerwatu tygrysów Panna, popływać sobie z krokodylami w rzece Ken.


Droga prowadziła przez wyschniętą na pył ziemię. Szkielety drzew i krzaków straszyły z pobocza, wiatr bił po twarzy gorącymi podmuchami. Po dotarciu na miejsce wskoczyłyśmy do wody indyjskim zwyczajem, czyli w pełni ubrane, tylko buty zostały na brzegu. Nie chcemy przecież ułatwiać sprawy krokodylowi, jeśli chce mnie zeżreć to se będzie musiał przedtem rozpakować. Dno rzeki było dość kamieniste i Magdalena rozcięła sobie stopę do krwi. Jednak mimo jej usilnych starań by zwabić jakiegoś rzecznego zwierza, nic nie zakłóciło naszego pływania.
Zanim zebraliśmy się do wyjazdu ubrania były już suche. Po powrocie poszliśmy do znanego nam już z wczorajszego dnia sklepu tekstylnego. Sympatyczny właściciel poczęstował nas chai po czym wrócił do przerwanej próby uprzejmego wyproszenia spalonych świętym zielem Shivy Angoli. Chłopaki przynieśli daal, rozścielono nam na podłodze cenne kobierce i zjedliśmy obiad wśród dywanów, poszewek i kolorowych chust.


Po południu wyszliśmy poszwendać się po miejscowości, popodglądać jak żyją rodowici Khajurachanie. Jak w całych Indiach i tutaj śmieci są wszechobecne. Magdalena zadała Plocie pytanie, niewątpliwie spędzające sen z powiek wszystkim nieindianom przebywającym w Indiach: "Dlaczego żyjecie w takim syfie? Nie przeszkadza wam brodzenie w śmiechach koło własnego domu? Czemu nie macie nawet głupich koszy na śmieci?" Odpowiedź była prosta: "Lubimy nasze śmieci, nawet jak by ktoś próbował postawić kosz na odpady to Indus by go wywrócił i przywrócił Indyjski porządek." Próby zrozumienia subtelnych zawiłości obcej kultury przerwała nam krowa, która wybiegła z bramy czyjegoś gospodarstwa z wyraźnym zamiarem nadziania mnie na ostre jak szpikulce, długie, zakręcone rogi. Wzięłam nogi za pas. Prawdopodobnie zdenerwowała ją moja biała skóra, ale nie miałam ochoty zatrzymywać się by przedyskutować tę kwestię z krową-rasistką.


Spacerując wśród współcześnie tworzonych budynków trudno nie porównywać ich do świątyń powstałych cztery tysiące lat temu. Dzisiejsza architektura wypada bardzo słabo, odnosi się wrażenie, że Indusi cofają się w rozwoju. Obecne budowle to czysta funkcja, prostokątne boksy z dziurą w ścianie dzięki której w środku jest jasno i większej dziury przez którą można dostać się do środka, wszędzie wiszą jakieś kable. Często spotkać można paskudne współczesne świątynki, małe budyneczki pokryte kafelkami i jarmarcznymi kolorowymi kwiatkami, czy innymi "ozdobami".







 Sklep z ubraniami dla turystów, żaden szanujący się Indus nie pomyśli nawet o założeniu czegoś takiego.

Posiedzieliśmy chwilę nad jeziorem pokrytym rzęsą, śmieciami i innymi niezidentyfikowanymi substancjami. Zaszło słońce. W świątyni Shivy nieopodal zaczynały się wieczorne uroczystości. Zdjęliśmy buty przed wysokimi schodami prowadzącymi do budowli i weszliśmy do środka. Wnętrze w formie koła, pośrodku na podwyższeniu umieszczony został olbrzymi słup symbolizujący penisa Shivy. Rozpoczęła się ceremonia puja, owionął nas zapach kadzideł, instrumenty zaczęły wybijać ogłuszający rytm. Ludzie śpiewali a kapłan grał na muszli. Po wszystkim wierni otrzymali błogosławieństwo i rozeszli się do domów.


Plota zaprosił nas do siebie na kolację. Mieszka w olbrzymim, kilkupiętrowym domu z całą rodziną. Poznałyśmy jego uroczych rodziców oraz siostry, jedna z nich również miała na imię Maja, co sprawiło wszystkim dużo radości. Usadowiono nas przy stole, mama upiekła chapati i panierowane warzywa. Jako gościom honorowym ojciec Ploty zaproponował nam miejscowy bimber. Jego pędzenie jest w Indiach nielegalne, ale jak wszędzie indziej na świecie tego typu zakazy traktowane są raczej jak luźne wskazówki i konsekwentnie ignorowane. Plota z namaszczeniem otworzył malutką buteleczkę i ponalewał nam trochę na dno kubeczków. 
Często w trakcie odwiedzania różnych krajów, nie mówiąc już o różnych regionach Polski, ich mieszkańcy w dowód sympatii i chęci pochwalenia się lokalnym nektarem bogów, częstują bimbrem. W takich sytuacjach zwykle najpierw piję a potem się zastanawiam. Nie jest to może zbyt rozsądne, zważywszy na to, że czasem ten sam trunek wykorzystywany jest do rozpuszczania gwoździ i innych takich, ale na pewno ciekawe. Magdalena jest z tych, co się najpierw zastanawiają. Wychyliłam swój kubek, ona siedziała obracając swój w dłoni. "Co robisz?" zapytałam, "Czekam na popitkę." Odparła tonem, którego używa odpowiadając na niedorzeczne pytania. "Nie świruj, tylko spróbuj." Wypiła i zaczęła się śmiać. Lokalny, nielegalny bimber smakował jak woda, do której ktoś nakapał owocowej wódki. 
Zrobiło się późno i musiałyśmy wracać do hotelu, żeby nie spóźnić się na pociąg. Na szczęście w hotelach zwykle nie robili problemu, gdy prosiłyśmy o wynajęcie pokoju na godzinę, często nie chcieli nawet za to pieniędzy. Z ulgą weszłam po prysznic by zmyć z siebie Khajuraho. Potem tylko przebrałam się w czyste ciuchy, wypiłam herbatę i trzeba było ruszać dalej w ciemną noc. Stacja kolejowa całkiem przyjemna, pociąg o dziwo się nie spóźnił, również o dziwo nie było tłoku. Powycierałyśmy z grubsza newralgiczne części prycz mokrymi chusteczkami, zamordowałyśmy karalucha i mogłyśmy wreszcie pójść spać gdy pociąg bezszelestnie sunął po torach w kierunku Varanasi.

niedziela, 20 października 2013

Dzień 8 KHAJURAHO

Khajuraho, dziś nieduża wioska na granicy północnych i południowych Indii, w XI wieku było stolicą państwa Czandelów, dynastii, która w czasach swej świetności władała terenami stanu Madhya Pradesh. Walki z sąsiadami zmusiły ich jednak do przeprowadzki do górskich warowni a w XII wieku pokonani zostali przez Afganów. Rozprzestrzeniali się oni jak zaraza po Indiach północnych, plądrując i niszcząc co popadło. Mijały wieki, Khajuracho, zrujnowane i opuszczone popadło w zapomnienie. Świątynie jak i drogi do nich prowadzące porosły gęstą roślinnością, dzięki czemu ocalały od zniszczenia przez kolejnego najeźdźcę - Wielkich Mogołów.

Wstałyśmy po 6 by zdążyć przed obezwładniającym upałem. Kilka chwil od wyjścia z hotelu siedziałyśmy już w rikszy, koleś dał po pedałach i ruszyłyśmy telepiącym się niemiłosiernie ustrojstwem w stronę świątyń. Wszyscy rowerowi rikszarze wyglądają tak mizernie, że człowiek w pierwszym odruchu ma ochotę powiedzieć: "siadaj stary, ja popedałuję". Chude toto i żylaste straszliwie, ale silne jak wół. Mimo wszystko jednak na górce zsiadłyśmy, żeby biedak przepukliny nie dostał. W końcu dojechałyśmy do najbardziej znanej grupy świątyń zwanej zachodnią.


To było coś, dla czego warto było się tarabanić przez pół świata. Przepiękne, kunsztownie zdobione budowle. Niesamowite bogactwo ornamentów, nawet wzorki są tam we wzorki.


Postacie na płaskorzeźbach sprawiają wrażenie niezwykle zadowolonych ze wszystkiego. Pierwszy raz w życiu widziałam sztukę sakralną, której twórcy wykazali się poczuciem humoru. I to humoru dość pieprznego. Bardzo to miła odmiana po tych wszystkich naszych świętych przedstawianych najczęściej z miną sugerującą ciężkie zaparcie.


Świątynie powstawały w latach 900-1050, w sumie 85 na powierzchni 21km. Do dziś przetrwało około 20. Tworzono je w stylu Nagara, według traktatów filozoficznych o sztuce Śilpasiastr, które mówią, że świątynia jest strukturą magiczną, mandalą. Budowana według skomplikowanych diagramów ściśle określających proporcje staje się instrumentem komunikacji ze światem niewidocznych i tajemniczych sił. W świątyni pod postacią bogów, demonów, zwierząt i roślin zawarte są wszystkie aspekty świata widzialnego i niewidzialnego. Szczęście, miłość, seks, orgazm i spełnienie, czyli ananda, jest czystym uduchowieniem i zbliża człowieka do boskości. Erotyzm w pradawnej Indii był przedmiotem kultu i celebracji. Boska para złączona w uścisku ilustruje odwieczną i jedyną zasadę istnienia świata - przyciąganie przeciwieństw, dwóch przeciwstawnych biegunów, z połączenia których wydobywa się iskra, eksplozja rozkoszy. 


Pozytywna energia tego miejsca naprawdę daje się wyczuć, trudno przejść obojętnie wobec tych figlarnych, zadumanych czy też po prostu radosnych uśmiechów utrwalonych w kamieniu. Słoń śmiejący się z pary uprawiającej seks czy Kriszna i Radha pozujący jak do sweet foci, ona kusząco robi dzióbek (tak, tak, kaczy dzióbek na fotkach ma długą tradycję), on ją niby mimochodem łapie za wydatny biust (moda na tzw.: "melony" też jak widać przetrwała wieki).

Słynna płaskorzeźba pani malującej sobie rzęsy.

Chodziłyśmy od świątyni do świątyni podziwiając i wynajdując coraz to nowe, zabawne szczegóły. Przed wejściem do środka trzeba było zdjąć buty po czym na bosaka wspiąć się po rozgrzanych przez słońce kamiennych stopniach. Na dodatek jak człowiek zapomniał schować buty w cieniu, czy też odwrócić je podeszwami do góry to po wyjściu nie było zmiłuj.  Uczucie podobne do włożenia stopy w opiekacz do grzanek (tak przypuszczam, nie próbowałam).


Bardzo miło rozmawiało się z paniami, które tam sprzątały. Każda z nich to wdowa z kilkorgiem dzieci na utrzymaniu. Nie mają lekkiego życia, ale nie skarżą się i nie jęczą jak skupieni głównie na sobie indyjscy faceci. Jedna z nich miała paskudnie rozciętą rękę, na szczęście byłyśmy dobrze zaopatrzone w odkażacz, chusteczki i plasterki z Kubusiem Puchatkiem. 
Bardzo ciekawa była świątynia Kali, jako jedyna miała wewnętrzną niszę - garbhagrihę - zamykaną kratą. Jakby bano się, że statua Kali ożyje i odejdzie, by siać pożogę i zniszczenie. Chyba jako jedyna sprawiała dość niepokojące wrażenie, z błyszczącymi oczami i czerwienią na twarzy.


Dochodziło południe i było niewiarygodnie gorąco. Schowałyśmy się przed upałem w świątyni Shivy. Chłodny kamień mahamandapy - podestu gdzie odbywały się rytualne tańce ku czci bóstwa - był niezwykle zachęcający. Cisza przerywana była tylko cichym popiskiwaniem nietoperzy. Zasnęłyśmy i miałam dziwne,  rozkołysane sny.


Po obudzeniu postanowiłyśmy znaleźć płaskorzeźbę, która najczęściej przewijała się, gdy szukałyśmy przed wyjazdem informacji o świątyniach. Jak się pewnie domyślacie, chodzi o tą z koniem. Po dłuższych poszukiwaniach znalazłyśmy ją. Niepozorna, umieszczona z tyłu świątyni z przesłaniem: "seks międzygatunkowy jest co prawda zabawny, ale raczej fuj."

 Proporcje postaci na załączonym obrazku są chyba pobożnym życzeniem twórcy. Chyba, że kiedyś konie były wielkości psa, ja się tam nie znam.

Ogólnie świątynie Khajuraho opisywane są jako erotyczne nie jest to jednak dominujący motyw. Prócz tematów randkowych przedstawione jest też codzienne życie ówczesnych hindusów: praca, zabawa, wojny, sport, joga, dużo słoni i robienie makijażu.  


Na terenie świątynnego kompleksu ustawione są źródełka z wodą do picia, ale wiadomo, nie chce człowiek złapać ameby czy czegoś takiego i wodę kupuje. Jak nakazuje Jedyny Słuszny Przewodnik tylko w butelkach z zafoliowaną szyjką, bo Indusi potrafią przyspawać z powrotem zakrętkę. Tak też robiłyśmy, jest folia znaczy się, wszystko gra. Woda, którą kupiłyśmy wcześniej w kiosku usytuowanym przy takim źródełku już dawno z nas wyparowała, poszłyśmy więc kupić nową. Kolesie z kiosku stali przy źródełku i napełniali wyciągnięte wcześniej ze śmietników butelki. Miło z ich strony, że płukali je przed napełnieniem. "Czy wy właśnie napełniacie wodą butelki wyciągnięte ze śmietników, żeby je potem sprzedać jako wodę mineralną?" Popatrzyli się na mnie jakbym się zapytała, czy drzewa rosną w lesie. Jak widać w Indiach łatwo się można zaopatrzyć w zafoliowywacz do butelek. Napiłyśmy się wody ze źródełka, tym razem za darmo i wyszłyśmy z kompleksu na miasto. 

Od razu przylepiło się do nas stado dzieciaków w różnym wieku. Jeden z nich, na oko czternastoletni zaoferował, że nam pokaże okolicę. Po historii z wodą nie byłam w nastroju na pogaduszki z miejscową ludnością. Magdalena była. Plota, bo tak chłopak miał na imię, zaprowadził nas do niewielkiego muzeum a potem do innych świątyń, które według niego warte były zobaczenia. Zwiedziłyśmy w sumie całe Khajuraho, co jakimś wielkim wyczynem nie było zważywszy na jego wielkość.


Plota okazał się sympatycznym dwudziestoletnim chłopakiem pochodzącym z dość zamożnej rodziny, takie bananowe dziecko. Jego głównym zajęciem było pałętanie się przez całe dnie bez celu po wiosce i zaczepianie turystów. Poprosiłyśmy go, by nas zabrał do jakiejś dobrej, nieturystycznej restauracji. Faktycznie, miejsce do którego nas zaprowadził serwowało całkiem smaczny daal. Jak na daal.

Klasyk: ryż, placki, ciapki z soczewicy, ziemniaka, różnych warzyw, pomidorowa z serem, jogurt i warzywa, najczęściej pomidor i cebula. Jakże miałam tego dość. Jak mi się chciało mięska z czegoś z kopytami.
Zaproponowałyśmy Plocie, że mu postawimy obiad, ale poprosił tylko o colę. My najedzone, wszyscy w dobrych humorach na deser poszliśmy do sklepu z tekstyliami znajomego Ploty na chai. Moje uzależnienie od kupowania ozdobnych poszewek na poduszki dało o sobie znać i już chwilę po wejściu zawzięcie targowałam się ze sprzedawcą o parę jedwabnych, haftowanych w jakby ptaka. Zawsze mnie to bawi, długie targi polegające na opowiadaniu sobie różnych historii, dowcipów, piciu kolejnej herbaty, co powoli zmierza w kierunku ustalenia ceny satysfakcjonującej dla sprzedawcy i do przyjęcia dla mnie.
Ten rozbroił mnie historią o tym, jak go pewien rikszarz naciągnął w Varanasi na sporą sumkę za krótki przejazd. "Wszystko dlatego, że mam taką inteligentną twarz" opowiadał bardzo zadowolony, "Wyglądam jak ktoś wykształcony i z wyższej kasty. Ci z niższych ciągle próbują ich oszukać na pieniądze." 

Zapadł już zmrok, opite chaiem jak bąki umówiłyśmy się z Plotą na następny dzień i wróciłyśmy do hotelu. W Khajuraho oprócz świątyń nie ma nic ciekawego a, że miałyśmy tam spędzić jeszcze jeden dzień postanowiłyśmy zdać się na niego.

poniedziałek, 23 września 2013

Dzień 7 ORACHHA - KHAJURAHO

 

Przed wyjazdem z uroczej Orachhy poszłyśmy jeszcze zobaczyć siedemnastowieczny kompleks pałacowy. Podobno jeden z nich, Jahangiri Mahal maharadża Bir Sing Deo budował dla cesarza Jahangira przez 20 lat. Cesarz spędził w nim noc, stwierdził, że sympatyczny domek i w ogóle, ale raczej nie w jego stylu, i pałac został porzucony. Weszłyśmy na teren kompleksu przez nabijaną kolcami bramę. Były umieszczane tam po to, by zapobiec wyważeniu bramy słoniem. 


Kupiłyśmy bilety po tradycyjnie zawyżonej cenie. Do tego chcieli absurdalną ilość pieniędzy za możliwość robienia zdjęć i niedorzeczną opłatę za nakręcenie filmu. Pan w kasie był bardzo zdziwiony, że nie chcemy robić zdjęć ani filmów; "Ale czemu, taki ładny pałac?" Oczywiście łgałyśmy w żywe oczy. Jahangiri Mahal piękny jak orientalny sen, nawet tak zaniedbany i ogołocony z prawie wszystkich ozdób. Gdzieniegdzie zachowały się oryginalne malowidła, niczym wspomnienie dawnej wspaniałości. Nie rozumiem, czemu cesarz nie chciał w nim mieszkać, ja bym brała.


Na jednym z krużganków drzemała małpa, langur szary. Wyglądał spokojnie i zaczęłam podchodzić bliżej. Byłam jakieś dwa metry od niego, gdy powoli otworzył oczy a wargi uniosły się odsłaniając klawiaturę białych zębów. Śpiący langur wyglądał bardzo ludzko ale wystarczyło, by zaczął warczeć i iluzja człowieczeństwa szybko zniknęła. Nie czekałam co zrobi dalej i wycofałam się na z góry upatrzoną pozycję.

W Indonezji małpy były przyjazne lub po prostu ignorowały ludzi, dziwiłam się, czemu Azjaci się ich boją. Wystarczy jednak spotkać dziko żyjącą, by nabrać respektu. Bardzo agresywne paskudy. Zwiedziłyśmy jeszcze Raj Mahal, mniej okazały ale za to sporo w nim było dość dobrze zachowanych fresków. 

W okolicy było jeszcze kilka ciekawych budowli do oglądnięcia, rozległe ruiny na pustkowiu, ale musiałyśmy wracać by zdążyć na pociąg do Khajuraho.

Pociąg spóźnił się bagatela trzy godziny, co jak się później okazało nie było jakimś specjalnym rekordem. O dziwo dworce w Indiach są dobrze oznaczone, tablice przyjazdów/odjazdów działają. Przeważnie nie miałyśmy problemu ze znalezieniem peronu. Człowiek może się jednak zestresować, kiedy zapowiadany pociąg nie przyjeżdża od trzech godzin, a w ogłaszanych informacjach pomijany jest ten fakt. Po prostu spóźniający się pociąg przestaje być zapowiadany do czasu, aż się pojawi.


Czekając poznałyśmy dwie Rosjanki, które odwiedzały Indie któryś już raz z rzędu i pałętały się tu już od trzech miesięcy. Byłam pod wrażeniem wielkości ich plecaków, połowy objętości mojego, a miałam w nim naprawdę tylko podstawowe wyposażenie (co prawda pod koniec wycieczki w połowie wypełniony był pamiątkami.)


W końcu przyjechał. Miałyśmy miejsca w sleeperze, a kiedy jedna z uroczych towarzyszek podróży w końcu wysiadła mogłyśmy nawet skorzystać z poduszek, które przejęła na zasadzie "kto pierwszy, ten lepszy" i na nich spała. Na wszystkich sześciu.

Induska śpiąca w seksownej pozie 'facepalm'. 
Wbrew pozorom nie chciała się udusić, tylko jakimś cudem tak jej było wygodnie. 
Tzw różnice kulturowe jak mniemam.

 Dotarłyśmy do Khajuraho w środku nocy. Następnego dnia miałyśmy wreszcie zobaczyć erotyczne świątynie, czyli to, czego byłam najbardziej ciekawa.

piątek, 13 września 2013

Dzień 6 AGRA - ORACHHA

Ok piątej obudziła mnie Magdalena. Leżała blada jak śmierć na chorągwi, dopadł ją indyjski bakcyl. Prawdopodobnie szatan siedział w cebuli z wczorajszego obiadu, bo była to jedyna rzecz z naszych wspólnych posiłków której ja zjadłam tylko odrobinę. Może to też kwestia tego, że profilaktycznie łykałam nasz rodzimy Nifuroksazyd, przez co miałam tylko lekkie mdłości. Już zaczynałam opracowywać plan przedłużenia pobytu w nieszczęsnej Agrze, na szczęście miała ze sobą Streptoquin, pamiątkę z Egiptu. Afrykańskie prochy nie zadziałały na Indyjskie bakterie w 100%, jednak na tyle dobrze, że się dziewczyna mogła zwlec z łóżka do taksówki.

Lonely Planet przytacza historyjkę o właścicielach restauracji w Agrze i Varanasi, którzy wspólnie z właścicielami lokalnych klinik uknuli sprytny plan. Zatruwali zamawiane przez turystów posiłki przez co trafiali oni do klinik, gdzie poddawani byli kosztownej kuracji. Przedsiębiorczy Indusi nie przewidzieli jednak faktu, że nawet niezatrute indyjskie żarcie jest ciężkostrawne dla obcokrajowców, a to co u miejscowego spowoduje biegunkę resztę świata po prostu zabije. Martwi turyści nie przynoszą dochodów, więc proceder został ukrócony, ale Lonely Planet to rzetelny przewodnik, więc lakonicznie podsumowuje: "The scan has been quashed, but could always reappear."
Radzę zatem, gdy wylądujecie w Indiach, w pierwszej napotkanej aptece kupić leki na zatrucie pokarmowe. Kosztują grosze, można kupić tyko ilość wystarczającą na jedną kurację a aptekarz powinien wiedzieć, jaki lek będzie odpowiedni dla białasa. Ja wzięłam też zapas do Polski, bo znam przypadki, gdy syf uaktywnił się po paru dniach po powrocie, a nie działają na niego europejskie medykamenty. Mi na szczęście się nie przydały i służyły tylko jako talizman.

Dotarłyśmy na dworzec i z ulgą oddałyśmy nasze plecaki tragarzom. Magdalena ledwo szła sama a ja czterdziestu kilom bagażu daję radę tylko na krótkich dystansach. Drobna kobitka, wielkości mniej więcej mojego plecaka poderwała go z ziemi, sprawnym ruchem umieściła na głowie i po chwili już gnała przed siebie, a za nią jej partner z czapką zrobioną z plecaka Magdaleny. Tragarzy na stacjach kolejowych można poznać po czerwonej koszuli albo jaskrawym szalu, którego używają jako podściółkę do ciężarów noszonych na głowach.


Pociąg przyjechał zadziwiająco punktualnie. Po trzech godzinach znalazłyśmy się w Jhansi, skąd ruszyłyśmy prosto do Orachhy (ew Orchha, Urchha lub Orcha). Jest to niewielka mieścinka której nazwa znaczy "bierz go!" Miejsce o takiej nazwie po prostu trzeba odwiedzić. Jak wieść gminna niesie dawno, dawno temu jego założyciel, maharadża Rudra Pratap Singh zapytał bramina jak ma nazwać nowe miasto, by zapewnić mu szczęście i dostatek. Bramin odparł: „nazwij je pierwszymi słowami, które wypowiesz następnego dnia.” Z tego wynika, że władca nie był zbyt uprzejmym człowiekiem, bo miejscowość nie nazywa się Namaste, tylko Orachha, od „ur cza”. Tak bowiem krzyknął maharadża do psa, z którym wybrał się na polowanie na jelenie.
Zameldowałyśmy się w hotelu i jak tylko zamknęły się za nami drzwi pokoju, odcinając nas od pięćdziesięciostopniowego upału na zewnątrz, padłyśmy na łóżko i spałyśmy do wieczora.

Gdy upał nieco zelżał wyszłyśmy na spacer. Nasz hotel umiejscowiony był przy głównej drodze wjazdowej, która ciągnęła się przez całą miejscowość. Prawdopodobnie by ją poszerzyć wyburzono fasady domów na jej długości. Wyburzono i tak zostawiono, wszystkie domy zaczynają się od połowy pokoi, nikomu to najwidoczniej nie przeszkadza. Ot, urwało pół salonu i sypialni na piętrze, cudownie, babcia będzie miała gdzie się opalać bez wychodzenia na dwór. Incredible India. Skręciłyśmy w stronę olbrzymiej, odrestaurowanej i pomalowanej na wściekle pomarańczowy kolor świątyni Ram Raja. Przeszłyśmy wzdłuż szpaleru straganów z pamiątkami i jedzeniem dla pielgrzymów, potem przez bramę i znalazłyśmy się na placu przed świątynią.


Szłyśmy dalej oglądając sobie Orachhę. Krówki, śmieci, kramy, dzieci, kolorowe panie i pozawijanych w tradycyjne szaty panów. Wreszcie, prawdziwe hinduskie Indie.

 Cały ten pierdolnik tworzy piękne, artystyczne kompozycje, cudownie wyglądające na zdjęciach

W tle klasyczny indyjski szalet ozdobiony popiersiami damy i gentlemana

Bardzo spodobała mi się monumentalna świątynia Chaturbhuj wybudowana ku czci Wisznu w 875 roku, gdy u nas szczytem architektonicznej finezji była drewniana chata z klepiskiem. Na szczęście muzułmańscy barbarzyńcy w swym szale niszczenia przegapili Orachhę i do dziś można podziwiać oryginalne, hinduskie budowle.


Gdy obchodziłyśmy budynek dookoła szukając wejścia spotkałyśmy indyjskiego archeologa pracującego przy renowacji świątyni. Opowiedział nam o swojej pracy i zaprowadził do środka. Tam przedstawił nam jednego z mieszkających w świątyni hindusów, który zaproponował wycieczkę po Chaturbhuj. Magdalena miała dość, więc sama ruszyłam za przewodnikiem. Wchodziliśmy po stromych schodach pokonując kolejne kondygnacje. Przeciskaliśmy się przez wąskie korytarze i niskie portale, tzn ja się przeciskałam a on, chudy i niski przemykał niczym jaszczurka. Mogłam oglądnąć wnętrze świątyni z małego balkoniku umieszczonego pod sklepieniem. W końcu dotarliśmy na dach, skąd rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok. Na kopułach ozdabiających budowlę siedziały sępy, w pierwszym momencie myślałam, że to rzeźby. Sporo też było gniazd dzikich pszczół.


Schodziliśmy na dół przy wtórze chóru męskich głosów intonujących pieśni ku czci Wisznu. Archeolog powiedział nam, że są to ślepcy również mieszkający w świątyni. Zbudowana na planie krzyża bardzo przypominała mi średniowieczne kościoły, równie strzelista i majestatyczna.



Magdalena siedziała na kocu rozścielonym specjalnie dla niej przez troskliwego gospodarza a wokół niej tłoczyła się gromadka, mamusia, tatuś i mnóstwo dzieciaków zauroczeni bladą blondynką. 


Po sesji zdjęciowej ruszyłyśmy dalej, aż doszłyśmy do rzeki Betwy. Niestety miejscowym służy głównie za toaletę, bo cóż może być przyjemniejszego od romantycznej porannej defekacji nad rzeką. Przez to, zwłaszcza gdy stan wody był stosunkowo niski, był to dla nas niezbyt przyjemny widok. Lokalesi wiadomo, problemu z tym nie mają. Jeden wali kupę obok posążków bogów, kawałek dalej koledzy biorą wieczorną kąpiel a pielgrzym siedzący na kamieniu robi sobie makijaż.



Słońce zaczęło zachodzić oświetlając chhatri, indyjskie cenotafy. Hindusi po śmierci są kremowani, więc władcom budowano takie symboliczne grobowce. W Orachhi jest mnóstwo niesamowitych, starożytnych budowli, nie udało nam się zobaczyć wszystkiego i było to pierwsze miejsce z dotychczas odwiedzonych, do którego chętnie bym wróciła. Na szczęście następnego dnia wyjeżdżałyśmy po południu, więc był czas by coś w Orachhi jeszcze zobaczyć.


środa, 4 września 2013

Dzień 5 AMER - SIKIRI - AGRA

Pałętałyśmy się po tym szalonym kraju od kilku dni i jakoś tak mało nam było Indii w Indiach. Często można się tam poczuć jak w jakimś kraju arabskim. Wg internetowych źródeł hindusi w Indiach to ok 80% społeczeństwa a muzułmanie 14%, miałam jednak wrażenie, że jest ich co najmniej 50%.

Indie mają islamowi wiele do wybaczenia. Muzułmanie najeżdżali Indie by rabować, gwałcić i mordować, przy okazji niszczyli hinduskie oraz buddyjskie miejsca kultu. Najskuteczniejsi okazali się Wielcy Mogołowie, z premedytacją i doszczętnie usuwali je z powierzchni ziemi od 1526r. Dynastia ta podbiła i rządziła Indiami 180 lat. Postanowili wyplenić hinduizm burząc świątynie w całym państwie, zakazując obchodzenia świąt, mieszanych  małżeństw, nakładając podatki na niewiernych a w końcu po prostu ich mordując. Arthur L. Basham swoją książkę "The Wonder That was India" kończy właśnie na roku 1526. O dziwo jednak, patrząc na inne kraje podbite przez muzułmanów, Indie oparły się islamizacji. Po upadku dynastii Mogołów i w czasie późniejszego przejęcia władzy przez Wielką Brytanię hinduizm przeżywał swoje odrodzenie. Do dziś trwa odbudowywanie świątyń i próby ratowania tego, co zostało z tysiącletnich budowli.

Tego dnia zwiedziłyśmy "indyjskie" perły architektury Fatehpur Sikri i Taj Mahal. Bardzo ładne kwiatki i ażurki. Trudno z resztą, żeby nie były ładne skoro Islam zabrania wykonywania wizerunków istot żywych "z twarzą" i biedni, niewątpliwie sfrustrowani artyści przez całe życie dłubali tylko te swoje ażury i zieleninę.

Fatehpur Sikri, XVI-wieczne miasto duchów. Zdecydowałyśmy się je odwiedzić w ostatniej chwili, po drodze do Agry. Kupiłyśmy bilety, do których w pakiecie była dołączona przewodniczka. Rozumiałam jakieś 2/3 z tego co mówiła, załatwił mnie jej akcent. Większy problem miałam tylko z gośćmi z call center (zrozumiałam wreszcie o co chodzi w tych angielskich dowcipach).

Założycielem miasta był Dżalal-ud-dina Muhammad Akbar, w skrócie Akbar (wielki). Mimo jego nędznej postury nie był to przydomek ironiczny, bowiem był on człowiekiem, którego porównać można z Juliuszem Cezarem czy Aleksandrem Wielkim. Gdy w wieku 17 lat przeją rządy jako trzeci cesarz z dynastii Wielkich Mogołów na Nizinie Gangestańskiej panował chaos i głód. Umarł jako najbogatszy władca ówczesnych czasów, pozostawiając po sobie zjednoczone 2/3 Indii, olbrzymią armię, sprawny system podatkowy i administrację. Podporządkował sobie Radżputów, Afganów, zdobył Gudżarat i wcielił do imperium Kaszmir.


Władca wraz z dworem podróżował po swych włościach mieszkając w seraju. Trudno mi to sobie wyobrazić, przenośne, olśniewające przepychem miasteczko namiotowe. Dworzanie, żony, setki konkubin (ówcześni władcy zbierali je jak Pokemony) nie licząc służby. Mnóstwo namiotów, niebanalne zadanie logistyczne. Nic dziwnego, że Akbarowi w końcu się znudziło i postanowił zbudować sobie miasto. Na miejsce jego powstania wybrał wioskę Sikri gdzie mieszkał mędrzec sufi, Salim Ćiśti. Według legendy cesarz przez długi czas nie mógł doczekać się dziedzica. Salim zabił własnego syna, by jego dusza mogła się wcielić w pierworodnego potomka cesarza. 


Fatehpur Sikri w całości zbudowane jest z czerwonego piaskowca, tylko grobowiec Salima, zrobiony z białego marmuru wyraźnie odcina się od otoczenia. W kompleksie widoczne jest połączenie stylów architektury muzułmańskiej, hinduskiej i perskiej. Tak samo jak w architekturze cesarz chciał przywrócić równowagę między religiami m.in. poślubiając hinduskę i chrześcijankę, a także znosząc szereg krzywdzących hindusów praw ustanowionych przez jego przodków.

Zwiedzanie rozpoczęłyśmy od części gdzie mieszkali władca i jego dwór. Rozmieszczenie a także kształt budynków przypomina bardziej obóz namiotowy niż pałac cesarski. Wszystko jest takie malutkie i urocze. Na początku weszłyśmy do i-Khas, Sali Audiencji Prywatnych. Jej środek zajmuje rzeźbiona kolumna podtrzymująca sześciometrowy okrągły tron cesarski, do którego prowadzą kamienne mosty z czterech rogów sali.


Potem zobaczyłyśmy pałace królowych, harem, pałac wiatrów, baseny. Gołe, kamienne szkielety budynków, odarte ze wszystkiego. Jednak nawet te pozostałości po dawnej świetności robią wrażenie. Niesamowity detal, wszystko wykonane z niebywałym pietyzmem.



Na dziedziniec olbrzymiego meczetu Jama Masjid prowadzą monumentalne bramy. Buland Darwaza (Brama Zwycięstwa), pełniąca rolę łuku triumfalnego razem ze schodami ma 54m wysokości. Najsłynniejsza z umieszczonych na niej inskrypcji brzmi: "Jezus syn Marii powiedział: świat jest mostem, przejdź po nim, ale nie buduj na nim domów. Ten, kto ma nadzieję na godzinę, może mieć nadzieję na wieczność. Świat trwa godzinę. Spędź ją na modlitwie, bo reszta jest ukryta."


W przeciwieństwie do opuszczonej części pałacowej, po której snują się tylko turyści, meczet tętni życiem. Ludzie łazili, modlili się, robili interesy, jedli obiad, spali. Kochana przewodniczka nie mogła się powstrzymać i zaprowadziła nas do kolesia sprzedającego kolorowe szmaty. Taką kupioną u niego tkaniną wierni przykrywają grobowiec Salima Ćistiego podczas modlitwy. Panie, idź pan, nie nasza religia, nie nasz święty, po co mamy to robić?


Chodzenie boso, bo buty trzeba było zostawić pod bramą, po rozgrzanych kamieniach dziedzińca wymagało wiele samozaparcia, a biegać i podskakiwać nie wypadało. Wreszcie zrozumiałam dlaczego przewodniczka miała na nogach grube frotowe skarpety. Po meczecie poszłyśmy zobaczyć ten słynny grobowiec świętego męża.


W środku wyglądał ciekawiej niż z zewnątrz. Ażury doskonale zdają egzamin jako klimatyzacja. Koronkowa ściana zewnętrzna skrywała niewielkie pomieszczenie otoczone korytarzem. W środkowej części znajdował się grobowiec pokryty tkaninami i pieniędzmi.


Muzułmanki nie są godne przebywać w tak ważnych i świętych miejscach, pewnie zaczęłyby piszczeć i poobgryzały kolumny, albo co. Modlą się zatem na zewnątrz i na ażurowym oknie wiążą czerwone wstążeczki.


Miasto zostało opuszczone w 1585 roku z powodu niewydolności systemów nawadniających i odległości od źródła wody. Jest to hipoteza, ale trudno wymyślić inny powód do zostawienia tego niesamowitego miasta. Zwłaszcza gdy stoi się tam w porze suchej w samo południe. Podeszwy stóp miałyśmy już spieczone jak chapati, było koszmarnie gorąco. Odzyskałyśmy nasze obuwie od krzykaczy przy bramie i ruszyłyśmy w stronę Agry, by zobaczyć jeden z siedmiu cudów świata, Taj Mahal. Robienie z niego symbolu Indii jest jak stwierdzenie, że Pałac Kultury i Nauki jest symbolem Polski. Muzułmański grobowiec wizytówką Hinduskiego kraju, gdzie podstawą jest wiara w reinkarnację? Bitch please.

Taj Mahal, owiany legendą o tragicznej miłości cesarza Shah Jahana do jego trzeciej z jedenastu żon Mumtaz Mahal. Gdy zmarła, władca pogrążony w wielkim smutku rozkazał wybudować jej wspaniały grobowiec jako dowód wielkiej miłości. Przed śmiercią poprosiła go, by się więcej nie żenił, więc nie dobił do 20 żon jak mój ulubieniec Akbar. Miał jednak na pocieszenie kilkutysięczny harem, więc myślę, że biedak jakoś dał radę. 

Mumtaz Mahal i Shah Jahan

Skończmy jednak te podśmiechujki z bajeczek dla romantycznych turystów. Mumtaz i Shah Jahan znali się od dziecka. Ślub wzięli gdy on miał 20 a ona 19 lat. Koronowani na cesarza i cesarzową zostali 16 lat później. Rola Mumtaz na dworze nie sprowadzała się tylko do bycia ozdobą tronu, wspólnie z mężem sprawowała władzę. Prowadziła politykę łagodzenia konfliktów między muzułmanami a hindusami, rozpoczętą przez Akbara. Była obecna na wszelkich naradach i politycznych spotkaniach doradzając cesarzowi skryta za pardą. Pod swą pieczą miała dużo wykształconych kobiet. W tamtych czasach Persjanki posiadały dużą wiedzę medyczną, w szczególności znały się na położnictwie. Ale o kobietach w tym kontekście historia nie wspomina zbyt często. Jak na przykład o Satiunnisie, zwanej Grotem Dzidy Między Niewiastami, znakomitej lekarce i uczonej, obdarzonej godnością strażniczki pieczęci cesarzowej. Na dworze zasłynęła jednak jako deklamatorka Koranu i poezji.

Skoro w haremie nie było problemem kontrolowanie ilości potomstwa i wiedziano jak niebezpieczne mogą być tak częste ciąże, to dlaczego cesarzowa w ciągu 19 lat rodziła trzynaście razy? To sprawiło, że przedwcześnie się postarzała i w końcu umarła wydając na świat 14 dziecko w wieku 49 lat. Shah Jahan szalał z rozpaczy. Stracił swoją powiernicę i przyjaciółkę, która była jego opoką w sprawach politycznych i prywatnych. Zarządził dwa lata żałoby. W Islamie kobiety nie idą do raju. Gdy uzmysłowił sobie fakt, że nie spotka się z Mumtaz po śmierci, kompletnie się załamał. Kazał ulemom (uczeni, muzułmańscy teologowie) znaleźć w świętych pismach jakieś odstępstwa od tej reguły. Gdy odpowiedź wciąż była odmowna wpadł na inny pomysł. Wybuduje ku czci Allacha budowlę tak wspaniałą, że ten, oszołomiony pięknem grobowca pozwoli Mumtaz wejść do raju.

Ulemowie zachwyceni tym zwrotem wydarzeń zacierali pazerne łapki. Gdy żyła Mumtaz nie znaczyli nic na dworze, gdzie panował rozsądek i racjonalizm. Po jej śmierci cesarz stał się gorliwym wyznawcą Allaha. Ulemowie zyskiwali coraz większą władzę. Pod ich wpływem Shah Jahan zaprzepaścił wszystko, nad czym pracował jego ukochany dziadek Akbar i żona. Rozpoczęły się masowe pogromy hindusów i chrześcijan, metodyczne niszczenie świątyń, co według Ulemów miało Mumtaz pomóc w dostaniu się do raju.

I tym właśnie jest Taj Mahal. Dla hindusów symbolem ucisku, bezużyteczną budowlą gdyż każdy, nawet cesarzowa podlega reinkarnacji. Dla muzułmanów miejscem świętym, symbolem męczeństwa - bowiem w Islamie kobieta umierająca przy porodzie jest traktowana niemal jak święta, męczennica - a nie wiecznej miłości.

Agra, gdzie znajduje się Taj Mahal to miasto dla wielbicieli apokalipsy zombie. Próba przedarcia się do bram kompleksu przez rzucających się na nas z wrzaskiem i obłędem w oczach przewodników, sprzedawców itp. oszołomów, dostarcza podobnych wrażeń. Na teren zwiedzania wchodzimy przez bramkę VIP do czego uprawnia nas bilet dla białasów za 750INR, Indianie ze swoimi biletami za 20 drepczą powoli w kolejce. Przechodzimy przez olbrzymią bramę...


...i tadam, oczom naszym ukazuje się cacuszko z białego marmuru wysadzane drogimi kamieniami.


Pierwotnie grobowiec otoczony był perskim ogrodem, pełnym egzotycznych drzew i kwiatów. Niestety Brytyjczycy przerobili go na park angielski. Po jego terenie przechadzało się mnóstwo turystów z całych Indii i znacznie mniej z reszty świata. Brodziłyśmy w tym tłumie aż do wejścia do mauzoleum. Ludzie przepędzeni zostali jak stado kóz dookoła grobu cesarzowej. Nie było możliwości stanięcia przez chwilę w spokoju i obejrzenia wnętrza. Jak by tego było mało w środku było ciemno i duszno. Wszystko zorganizowane jest na zasadzie "wszedłeś, zobaczyłeś, no to wypad."


Zdjęć w środku nie można robić, więc jak zwykle w takich sytuacjach włączył mi się duch wolności i przekory, i napstrykałam w opór. 


 

Kwiatki i ażurki najwyższej próby. Legenda głosi, że po skończonej budowie cesarz kazał poobcinać ich twórcom kciuki, by nie powstało już nic równie wspaniałego. Do dziś potomkowie tych artystów pracują przy renowacji mauzoleum, a w pobliskich sklepach można kupić ich dzieła z wzorami zrobionymi w ten sam sposób co te w Taj Mahal. 

Zbliżał się wieczór, czekałyśmy, aż marmur zacznie zmieniać kolor. Zmęczone chciałyśmy sobie gdzieś pod Taj Mahal usiąść, ale się nie dało. Ciągle ktoś nam robił zdjęcia, albo podchodził i chciał się z nami fotografować. Było to dość miłe do momentu, kiedy po trzeciej zmianie miejsca odpoczynku, w którym zaczynało robić się tłoczno, podeszła do nas jakaś dziewczynka. Ok, zróbmy sobie słit focię. Okazało się, że dziewczynka ma ze sobą olbrzymią rodzinę, z której każdy taką fotkę z nami chciał. Po chwili się zorientowałam, że za rodziną ustawiła się kolejka, jakieś dziesięć osób i cały czas dochodzili nowi. Dookoła zebrał się też spory tłum, chcący zobaczyć co się dzieje i przy okazji zrobić zdjęcie. Generalnie przez dłuższą chwilę nikt nie interesował się siódmym cudem świata, tylko nami. Zwiałyśmy stamtąd i schowałyśmy się pod meczetem. "Przepraszam bardzo, mogę sobie zrobić z tobą zdjęcie?" Bosz, "Jasne, 30 rupii" postanowiłam zmienić strategię, koleś się zdziwił i sobie poszedł. Miałyśmy spokój, miejsce powoli się wyludniało. 


Za mauzoleum rozciąga się rzeka, wstęp od jej strony broniony jest przez uzbrojonych w broń maszynową ochroniarzy, dwie krowy i małego kundelka. Przynajmniej to się pałętało za zasiekami. Zrobiło się ciemno, w zależności od koloru nieba marmur zmieniał kolor, z białego na pomarańczowy. Pożegnałyśmy Taj Mahal.

 

Agra jest koszmarna, jedynym słusznym sposobem zwiedzenia Taj Mahal jest zrobienie tego po drodze do innego miejsca, by jak najkrócej przebywać w tym mieście. Zaprowadzono nas do jakiejś "eleganckiej" knajpy, ale już nie miałyśmy sił szukać czegoś normalnego. Zamówiłyśmy kurczaka tandori. Dostałyśmy po porcji kilku wysuszonych na wiór kawałków, do tego surową cebulę przyprawioną kolendrą. Przed wizytą w Indiach nie znałam tej przyprawy. Myślałam, że cebula była trzymana w niewypłukanej z płynu do naczyń misce i dlatego czuć ją jakimś chemicznym syfem. Oddałam ją Magdalenie, której to nie przeszkadzało, zjadłyśmy te kilka kawałków kury, zapłaciłyśmy kolosalny rachunek i z ulgą skierowałyśmy do wyjścia. "Jak paniom smakowało?" zapytał, "Bardzo niedobre, ale na szczęście mało." odparłam i pojechałyśmy do hotelu nadal głodne jak psy. Zjadłyśmy zachomikowane na czarną godzinę żelazne racje żywnościowe i poszłyśmy spać.