Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 października 2013

Dzień 8 KHAJURAHO

Khajuraho, dziś nieduża wioska na granicy północnych i południowych Indii, w XI wieku było stolicą państwa Czandelów, dynastii, która w czasach swej świetności władała terenami stanu Madhya Pradesh. Walki z sąsiadami zmusiły ich jednak do przeprowadzki do górskich warowni a w XII wieku pokonani zostali przez Afganów. Rozprzestrzeniali się oni jak zaraza po Indiach północnych, plądrując i niszcząc co popadło. Mijały wieki, Khajuracho, zrujnowane i opuszczone popadło w zapomnienie. Świątynie jak i drogi do nich prowadzące porosły gęstą roślinnością, dzięki czemu ocalały od zniszczenia przez kolejnego najeźdźcę - Wielkich Mogołów.

Wstałyśmy po 6 by zdążyć przed obezwładniającym upałem. Kilka chwil od wyjścia z hotelu siedziałyśmy już w rikszy, koleś dał po pedałach i ruszyłyśmy telepiącym się niemiłosiernie ustrojstwem w stronę świątyń. Wszyscy rowerowi rikszarze wyglądają tak mizernie, że człowiek w pierwszym odruchu ma ochotę powiedzieć: "siadaj stary, ja popedałuję". Chude toto i żylaste straszliwie, ale silne jak wół. Mimo wszystko jednak na górce zsiadłyśmy, żeby biedak przepukliny nie dostał. W końcu dojechałyśmy do najbardziej znanej grupy świątyń zwanej zachodnią.


To było coś, dla czego warto było się tarabanić przez pół świata. Przepiękne, kunsztownie zdobione budowle. Niesamowite bogactwo ornamentów, nawet wzorki są tam we wzorki.


Postacie na płaskorzeźbach sprawiają wrażenie niezwykle zadowolonych ze wszystkiego. Pierwszy raz w życiu widziałam sztukę sakralną, której twórcy wykazali się poczuciem humoru. I to humoru dość pieprznego. Bardzo to miła odmiana po tych wszystkich naszych świętych przedstawianych najczęściej z miną sugerującą ciężkie zaparcie.


Świątynie powstawały w latach 900-1050, w sumie 85 na powierzchni 21km. Do dziś przetrwało około 20. Tworzono je w stylu Nagara, według traktatów filozoficznych o sztuce Śilpasiastr, które mówią, że świątynia jest strukturą magiczną, mandalą. Budowana według skomplikowanych diagramów ściśle określających proporcje staje się instrumentem komunikacji ze światem niewidocznych i tajemniczych sił. W świątyni pod postacią bogów, demonów, zwierząt i roślin zawarte są wszystkie aspekty świata widzialnego i niewidzialnego. Szczęście, miłość, seks, orgazm i spełnienie, czyli ananda, jest czystym uduchowieniem i zbliża człowieka do boskości. Erotyzm w pradawnej Indii był przedmiotem kultu i celebracji. Boska para złączona w uścisku ilustruje odwieczną i jedyną zasadę istnienia świata - przyciąganie przeciwieństw, dwóch przeciwstawnych biegunów, z połączenia których wydobywa się iskra, eksplozja rozkoszy. 


Pozytywna energia tego miejsca naprawdę daje się wyczuć, trudno przejść obojętnie wobec tych figlarnych, zadumanych czy też po prostu radosnych uśmiechów utrwalonych w kamieniu. Słoń śmiejący się z pary uprawiającej seks czy Kriszna i Radha pozujący jak do sweet foci, ona kusząco robi dzióbek (tak, tak, kaczy dzióbek na fotkach ma długą tradycję), on ją niby mimochodem łapie za wydatny biust (moda na tzw.: "melony" też jak widać przetrwała wieki).

Słynna płaskorzeźba pani malującej sobie rzęsy.

Chodziłyśmy od świątyni do świątyni podziwiając i wynajdując coraz to nowe, zabawne szczegóły. Przed wejściem do środka trzeba było zdjąć buty po czym na bosaka wspiąć się po rozgrzanych przez słońce kamiennych stopniach. Na dodatek jak człowiek zapomniał schować buty w cieniu, czy też odwrócić je podeszwami do góry to po wyjściu nie było zmiłuj.  Uczucie podobne do włożenia stopy w opiekacz do grzanek (tak przypuszczam, nie próbowałam).


Bardzo miło rozmawiało się z paniami, które tam sprzątały. Każda z nich to wdowa z kilkorgiem dzieci na utrzymaniu. Nie mają lekkiego życia, ale nie skarżą się i nie jęczą jak skupieni głównie na sobie indyjscy faceci. Jedna z nich miała paskudnie rozciętą rękę, na szczęście byłyśmy dobrze zaopatrzone w odkażacz, chusteczki i plasterki z Kubusiem Puchatkiem. 
Bardzo ciekawa była świątynia Kali, jako jedyna miała wewnętrzną niszę - garbhagrihę - zamykaną kratą. Jakby bano się, że statua Kali ożyje i odejdzie, by siać pożogę i zniszczenie. Chyba jako jedyna sprawiała dość niepokojące wrażenie, z błyszczącymi oczami i czerwienią na twarzy.


Dochodziło południe i było niewiarygodnie gorąco. Schowałyśmy się przed upałem w świątyni Shivy. Chłodny kamień mahamandapy - podestu gdzie odbywały się rytualne tańce ku czci bóstwa - był niezwykle zachęcający. Cisza przerywana była tylko cichym popiskiwaniem nietoperzy. Zasnęłyśmy i miałam dziwne,  rozkołysane sny.


Po obudzeniu postanowiłyśmy znaleźć płaskorzeźbę, która najczęściej przewijała się, gdy szukałyśmy przed wyjazdem informacji o świątyniach. Jak się pewnie domyślacie, chodzi o tą z koniem. Po dłuższych poszukiwaniach znalazłyśmy ją. Niepozorna, umieszczona z tyłu świątyni z przesłaniem: "seks międzygatunkowy jest co prawda zabawny, ale raczej fuj."

 Proporcje postaci na załączonym obrazku są chyba pobożnym życzeniem twórcy. Chyba, że kiedyś konie były wielkości psa, ja się tam nie znam.

Ogólnie świątynie Khajuraho opisywane są jako erotyczne nie jest to jednak dominujący motyw. Prócz tematów randkowych przedstawione jest też codzienne życie ówczesnych hindusów: praca, zabawa, wojny, sport, joga, dużo słoni i robienie makijażu.  


Na terenie świątynnego kompleksu ustawione są źródełka z wodą do picia, ale wiadomo, nie chce człowiek złapać ameby czy czegoś takiego i wodę kupuje. Jak nakazuje Jedyny Słuszny Przewodnik tylko w butelkach z zafoliowaną szyjką, bo Indusi potrafią przyspawać z powrotem zakrętkę. Tak też robiłyśmy, jest folia znaczy się, wszystko gra. Woda, którą kupiłyśmy wcześniej w kiosku usytuowanym przy takim źródełku już dawno z nas wyparowała, poszłyśmy więc kupić nową. Kolesie z kiosku stali przy źródełku i napełniali wyciągnięte wcześniej ze śmietników butelki. Miło z ich strony, że płukali je przed napełnieniem. "Czy wy właśnie napełniacie wodą butelki wyciągnięte ze śmietników, żeby je potem sprzedać jako wodę mineralną?" Popatrzyli się na mnie jakbym się zapytała, czy drzewa rosną w lesie. Jak widać w Indiach łatwo się można zaopatrzyć w zafoliowywacz do butelek. Napiłyśmy się wody ze źródełka, tym razem za darmo i wyszłyśmy z kompleksu na miasto. 

Od razu przylepiło się do nas stado dzieciaków w różnym wieku. Jeden z nich, na oko czternastoletni zaoferował, że nam pokaże okolicę. Po historii z wodą nie byłam w nastroju na pogaduszki z miejscową ludnością. Magdalena była. Plota, bo tak chłopak miał na imię, zaprowadził nas do niewielkiego muzeum a potem do innych świątyń, które według niego warte były zobaczenia. Zwiedziłyśmy w sumie całe Khajuraho, co jakimś wielkim wyczynem nie było zważywszy na jego wielkość.


Plota okazał się sympatycznym dwudziestoletnim chłopakiem pochodzącym z dość zamożnej rodziny, takie bananowe dziecko. Jego głównym zajęciem było pałętanie się przez całe dnie bez celu po wiosce i zaczepianie turystów. Poprosiłyśmy go, by nas zabrał do jakiejś dobrej, nieturystycznej restauracji. Faktycznie, miejsce do którego nas zaprowadził serwowało całkiem smaczny daal. Jak na daal.

Klasyk: ryż, placki, ciapki z soczewicy, ziemniaka, różnych warzyw, pomidorowa z serem, jogurt i warzywa, najczęściej pomidor i cebula. Jakże miałam tego dość. Jak mi się chciało mięska z czegoś z kopytami.
Zaproponowałyśmy Plocie, że mu postawimy obiad, ale poprosił tylko o colę. My najedzone, wszyscy w dobrych humorach na deser poszliśmy do sklepu z tekstyliami znajomego Ploty na chai. Moje uzależnienie od kupowania ozdobnych poszewek na poduszki dało o sobie znać i już chwilę po wejściu zawzięcie targowałam się ze sprzedawcą o parę jedwabnych, haftowanych w jakby ptaka. Zawsze mnie to bawi, długie targi polegające na opowiadaniu sobie różnych historii, dowcipów, piciu kolejnej herbaty, co powoli zmierza w kierunku ustalenia ceny satysfakcjonującej dla sprzedawcy i do przyjęcia dla mnie.
Ten rozbroił mnie historią o tym, jak go pewien rikszarz naciągnął w Varanasi na sporą sumkę za krótki przejazd. "Wszystko dlatego, że mam taką inteligentną twarz" opowiadał bardzo zadowolony, "Wyglądam jak ktoś wykształcony i z wyższej kasty. Ci z niższych ciągle próbują ich oszukać na pieniądze." 

Zapadł już zmrok, opite chaiem jak bąki umówiłyśmy się z Plotą na następny dzień i wróciłyśmy do hotelu. W Khajuraho oprócz świątyń nie ma nic ciekawego a, że miałyśmy tam spędzić jeszcze jeden dzień postanowiłyśmy zdać się na niego.

środa, 4 września 2013

Dzień 5 AMER - SIKIRI - AGRA

Pałętałyśmy się po tym szalonym kraju od kilku dni i jakoś tak mało nam było Indii w Indiach. Często można się tam poczuć jak w jakimś kraju arabskim. Wg internetowych źródeł hindusi w Indiach to ok 80% społeczeństwa a muzułmanie 14%, miałam jednak wrażenie, że jest ich co najmniej 50%.

Indie mają islamowi wiele do wybaczenia. Muzułmanie najeżdżali Indie by rabować, gwałcić i mordować, przy okazji niszczyli hinduskie oraz buddyjskie miejsca kultu. Najskuteczniejsi okazali się Wielcy Mogołowie, z premedytacją i doszczętnie usuwali je z powierzchni ziemi od 1526r. Dynastia ta podbiła i rządziła Indiami 180 lat. Postanowili wyplenić hinduizm burząc świątynie w całym państwie, zakazując obchodzenia świąt, mieszanych  małżeństw, nakładając podatki na niewiernych a w końcu po prostu ich mordując. Arthur L. Basham swoją książkę "The Wonder That was India" kończy właśnie na roku 1526. O dziwo jednak, patrząc na inne kraje podbite przez muzułmanów, Indie oparły się islamizacji. Po upadku dynastii Mogołów i w czasie późniejszego przejęcia władzy przez Wielką Brytanię hinduizm przeżywał swoje odrodzenie. Do dziś trwa odbudowywanie świątyń i próby ratowania tego, co zostało z tysiącletnich budowli.

Tego dnia zwiedziłyśmy "indyjskie" perły architektury Fatehpur Sikri i Taj Mahal. Bardzo ładne kwiatki i ażurki. Trudno z resztą, żeby nie były ładne skoro Islam zabrania wykonywania wizerunków istot żywych "z twarzą" i biedni, niewątpliwie sfrustrowani artyści przez całe życie dłubali tylko te swoje ażury i zieleninę.

Fatehpur Sikri, XVI-wieczne miasto duchów. Zdecydowałyśmy się je odwiedzić w ostatniej chwili, po drodze do Agry. Kupiłyśmy bilety, do których w pakiecie była dołączona przewodniczka. Rozumiałam jakieś 2/3 z tego co mówiła, załatwił mnie jej akcent. Większy problem miałam tylko z gośćmi z call center (zrozumiałam wreszcie o co chodzi w tych angielskich dowcipach).

Założycielem miasta był Dżalal-ud-dina Muhammad Akbar, w skrócie Akbar (wielki). Mimo jego nędznej postury nie był to przydomek ironiczny, bowiem był on człowiekiem, którego porównać można z Juliuszem Cezarem czy Aleksandrem Wielkim. Gdy w wieku 17 lat przeją rządy jako trzeci cesarz z dynastii Wielkich Mogołów na Nizinie Gangestańskiej panował chaos i głód. Umarł jako najbogatszy władca ówczesnych czasów, pozostawiając po sobie zjednoczone 2/3 Indii, olbrzymią armię, sprawny system podatkowy i administrację. Podporządkował sobie Radżputów, Afganów, zdobył Gudżarat i wcielił do imperium Kaszmir.


Władca wraz z dworem podróżował po swych włościach mieszkając w seraju. Trudno mi to sobie wyobrazić, przenośne, olśniewające przepychem miasteczko namiotowe. Dworzanie, żony, setki konkubin (ówcześni władcy zbierali je jak Pokemony) nie licząc służby. Mnóstwo namiotów, niebanalne zadanie logistyczne. Nic dziwnego, że Akbarowi w końcu się znudziło i postanowił zbudować sobie miasto. Na miejsce jego powstania wybrał wioskę Sikri gdzie mieszkał mędrzec sufi, Salim Ćiśti. Według legendy cesarz przez długi czas nie mógł doczekać się dziedzica. Salim zabił własnego syna, by jego dusza mogła się wcielić w pierworodnego potomka cesarza. 


Fatehpur Sikri w całości zbudowane jest z czerwonego piaskowca, tylko grobowiec Salima, zrobiony z białego marmuru wyraźnie odcina się od otoczenia. W kompleksie widoczne jest połączenie stylów architektury muzułmańskiej, hinduskiej i perskiej. Tak samo jak w architekturze cesarz chciał przywrócić równowagę między religiami m.in. poślubiając hinduskę i chrześcijankę, a także znosząc szereg krzywdzących hindusów praw ustanowionych przez jego przodków.

Zwiedzanie rozpoczęłyśmy od części gdzie mieszkali władca i jego dwór. Rozmieszczenie a także kształt budynków przypomina bardziej obóz namiotowy niż pałac cesarski. Wszystko jest takie malutkie i urocze. Na początku weszłyśmy do i-Khas, Sali Audiencji Prywatnych. Jej środek zajmuje rzeźbiona kolumna podtrzymująca sześciometrowy okrągły tron cesarski, do którego prowadzą kamienne mosty z czterech rogów sali.


Potem zobaczyłyśmy pałace królowych, harem, pałac wiatrów, baseny. Gołe, kamienne szkielety budynków, odarte ze wszystkiego. Jednak nawet te pozostałości po dawnej świetności robią wrażenie. Niesamowity detal, wszystko wykonane z niebywałym pietyzmem.



Na dziedziniec olbrzymiego meczetu Jama Masjid prowadzą monumentalne bramy. Buland Darwaza (Brama Zwycięstwa), pełniąca rolę łuku triumfalnego razem ze schodami ma 54m wysokości. Najsłynniejsza z umieszczonych na niej inskrypcji brzmi: "Jezus syn Marii powiedział: świat jest mostem, przejdź po nim, ale nie buduj na nim domów. Ten, kto ma nadzieję na godzinę, może mieć nadzieję na wieczność. Świat trwa godzinę. Spędź ją na modlitwie, bo reszta jest ukryta."


W przeciwieństwie do opuszczonej części pałacowej, po której snują się tylko turyści, meczet tętni życiem. Ludzie łazili, modlili się, robili interesy, jedli obiad, spali. Kochana przewodniczka nie mogła się powstrzymać i zaprowadziła nas do kolesia sprzedającego kolorowe szmaty. Taką kupioną u niego tkaniną wierni przykrywają grobowiec Salima Ćistiego podczas modlitwy. Panie, idź pan, nie nasza religia, nie nasz święty, po co mamy to robić?


Chodzenie boso, bo buty trzeba było zostawić pod bramą, po rozgrzanych kamieniach dziedzińca wymagało wiele samozaparcia, a biegać i podskakiwać nie wypadało. Wreszcie zrozumiałam dlaczego przewodniczka miała na nogach grube frotowe skarpety. Po meczecie poszłyśmy zobaczyć ten słynny grobowiec świętego męża.


W środku wyglądał ciekawiej niż z zewnątrz. Ażury doskonale zdają egzamin jako klimatyzacja. Koronkowa ściana zewnętrzna skrywała niewielkie pomieszczenie otoczone korytarzem. W środkowej części znajdował się grobowiec pokryty tkaninami i pieniędzmi.


Muzułmanki nie są godne przebywać w tak ważnych i świętych miejscach, pewnie zaczęłyby piszczeć i poobgryzały kolumny, albo co. Modlą się zatem na zewnątrz i na ażurowym oknie wiążą czerwone wstążeczki.


Miasto zostało opuszczone w 1585 roku z powodu niewydolności systemów nawadniających i odległości od źródła wody. Jest to hipoteza, ale trudno wymyślić inny powód do zostawienia tego niesamowitego miasta. Zwłaszcza gdy stoi się tam w porze suchej w samo południe. Podeszwy stóp miałyśmy już spieczone jak chapati, było koszmarnie gorąco. Odzyskałyśmy nasze obuwie od krzykaczy przy bramie i ruszyłyśmy w stronę Agry, by zobaczyć jeden z siedmiu cudów świata, Taj Mahal. Robienie z niego symbolu Indii jest jak stwierdzenie, że Pałac Kultury i Nauki jest symbolem Polski. Muzułmański grobowiec wizytówką Hinduskiego kraju, gdzie podstawą jest wiara w reinkarnację? Bitch please.

Taj Mahal, owiany legendą o tragicznej miłości cesarza Shah Jahana do jego trzeciej z jedenastu żon Mumtaz Mahal. Gdy zmarła, władca pogrążony w wielkim smutku rozkazał wybudować jej wspaniały grobowiec jako dowód wielkiej miłości. Przed śmiercią poprosiła go, by się więcej nie żenił, więc nie dobił do 20 żon jak mój ulubieniec Akbar. Miał jednak na pocieszenie kilkutysięczny harem, więc myślę, że biedak jakoś dał radę. 

Mumtaz Mahal i Shah Jahan

Skończmy jednak te podśmiechujki z bajeczek dla romantycznych turystów. Mumtaz i Shah Jahan znali się od dziecka. Ślub wzięli gdy on miał 20 a ona 19 lat. Koronowani na cesarza i cesarzową zostali 16 lat później. Rola Mumtaz na dworze nie sprowadzała się tylko do bycia ozdobą tronu, wspólnie z mężem sprawowała władzę. Prowadziła politykę łagodzenia konfliktów między muzułmanami a hindusami, rozpoczętą przez Akbara. Była obecna na wszelkich naradach i politycznych spotkaniach doradzając cesarzowi skryta za pardą. Pod swą pieczą miała dużo wykształconych kobiet. W tamtych czasach Persjanki posiadały dużą wiedzę medyczną, w szczególności znały się na położnictwie. Ale o kobietach w tym kontekście historia nie wspomina zbyt często. Jak na przykład o Satiunnisie, zwanej Grotem Dzidy Między Niewiastami, znakomitej lekarce i uczonej, obdarzonej godnością strażniczki pieczęci cesarzowej. Na dworze zasłynęła jednak jako deklamatorka Koranu i poezji.

Skoro w haremie nie było problemem kontrolowanie ilości potomstwa i wiedziano jak niebezpieczne mogą być tak częste ciąże, to dlaczego cesarzowa w ciągu 19 lat rodziła trzynaście razy? To sprawiło, że przedwcześnie się postarzała i w końcu umarła wydając na świat 14 dziecko w wieku 49 lat. Shah Jahan szalał z rozpaczy. Stracił swoją powiernicę i przyjaciółkę, która była jego opoką w sprawach politycznych i prywatnych. Zarządził dwa lata żałoby. W Islamie kobiety nie idą do raju. Gdy uzmysłowił sobie fakt, że nie spotka się z Mumtaz po śmierci, kompletnie się załamał. Kazał ulemom (uczeni, muzułmańscy teologowie) znaleźć w świętych pismach jakieś odstępstwa od tej reguły. Gdy odpowiedź wciąż była odmowna wpadł na inny pomysł. Wybuduje ku czci Allacha budowlę tak wspaniałą, że ten, oszołomiony pięknem grobowca pozwoli Mumtaz wejść do raju.

Ulemowie zachwyceni tym zwrotem wydarzeń zacierali pazerne łapki. Gdy żyła Mumtaz nie znaczyli nic na dworze, gdzie panował rozsądek i racjonalizm. Po jej śmierci cesarz stał się gorliwym wyznawcą Allaha. Ulemowie zyskiwali coraz większą władzę. Pod ich wpływem Shah Jahan zaprzepaścił wszystko, nad czym pracował jego ukochany dziadek Akbar i żona. Rozpoczęły się masowe pogromy hindusów i chrześcijan, metodyczne niszczenie świątyń, co według Ulemów miało Mumtaz pomóc w dostaniu się do raju.

I tym właśnie jest Taj Mahal. Dla hindusów symbolem ucisku, bezużyteczną budowlą gdyż każdy, nawet cesarzowa podlega reinkarnacji. Dla muzułmanów miejscem świętym, symbolem męczeństwa - bowiem w Islamie kobieta umierająca przy porodzie jest traktowana niemal jak święta, męczennica - a nie wiecznej miłości.

Agra, gdzie znajduje się Taj Mahal to miasto dla wielbicieli apokalipsy zombie. Próba przedarcia się do bram kompleksu przez rzucających się na nas z wrzaskiem i obłędem w oczach przewodników, sprzedawców itp. oszołomów, dostarcza podobnych wrażeń. Na teren zwiedzania wchodzimy przez bramkę VIP do czego uprawnia nas bilet dla białasów za 750INR, Indianie ze swoimi biletami za 20 drepczą powoli w kolejce. Przechodzimy przez olbrzymią bramę...


...i tadam, oczom naszym ukazuje się cacuszko z białego marmuru wysadzane drogimi kamieniami.


Pierwotnie grobowiec otoczony był perskim ogrodem, pełnym egzotycznych drzew i kwiatów. Niestety Brytyjczycy przerobili go na park angielski. Po jego terenie przechadzało się mnóstwo turystów z całych Indii i znacznie mniej z reszty świata. Brodziłyśmy w tym tłumie aż do wejścia do mauzoleum. Ludzie przepędzeni zostali jak stado kóz dookoła grobu cesarzowej. Nie było możliwości stanięcia przez chwilę w spokoju i obejrzenia wnętrza. Jak by tego było mało w środku było ciemno i duszno. Wszystko zorganizowane jest na zasadzie "wszedłeś, zobaczyłeś, no to wypad."


Zdjęć w środku nie można robić, więc jak zwykle w takich sytuacjach włączył mi się duch wolności i przekory, i napstrykałam w opór. 


 

Kwiatki i ażurki najwyższej próby. Legenda głosi, że po skończonej budowie cesarz kazał poobcinać ich twórcom kciuki, by nie powstało już nic równie wspaniałego. Do dziś potomkowie tych artystów pracują przy renowacji mauzoleum, a w pobliskich sklepach można kupić ich dzieła z wzorami zrobionymi w ten sam sposób co te w Taj Mahal. 

Zbliżał się wieczór, czekałyśmy, aż marmur zacznie zmieniać kolor. Zmęczone chciałyśmy sobie gdzieś pod Taj Mahal usiąść, ale się nie dało. Ciągle ktoś nam robił zdjęcia, albo podchodził i chciał się z nami fotografować. Było to dość miłe do momentu, kiedy po trzeciej zmianie miejsca odpoczynku, w którym zaczynało robić się tłoczno, podeszła do nas jakaś dziewczynka. Ok, zróbmy sobie słit focię. Okazało się, że dziewczynka ma ze sobą olbrzymią rodzinę, z której każdy taką fotkę z nami chciał. Po chwili się zorientowałam, że za rodziną ustawiła się kolejka, jakieś dziesięć osób i cały czas dochodzili nowi. Dookoła zebrał się też spory tłum, chcący zobaczyć co się dzieje i przy okazji zrobić zdjęcie. Generalnie przez dłuższą chwilę nikt nie interesował się siódmym cudem świata, tylko nami. Zwiałyśmy stamtąd i schowałyśmy się pod meczetem. "Przepraszam bardzo, mogę sobie zrobić z tobą zdjęcie?" Bosz, "Jasne, 30 rupii" postanowiłam zmienić strategię, koleś się zdziwił i sobie poszedł. Miałyśmy spokój, miejsce powoli się wyludniało. 


Za mauzoleum rozciąga się rzeka, wstęp od jej strony broniony jest przez uzbrojonych w broń maszynową ochroniarzy, dwie krowy i małego kundelka. Przynajmniej to się pałętało za zasiekami. Zrobiło się ciemno, w zależności od koloru nieba marmur zmieniał kolor, z białego na pomarańczowy. Pożegnałyśmy Taj Mahal.

 

Agra jest koszmarna, jedynym słusznym sposobem zwiedzenia Taj Mahal jest zrobienie tego po drodze do innego miejsca, by jak najkrócej przebywać w tym mieście. Zaprowadzono nas do jakiejś "eleganckiej" knajpy, ale już nie miałyśmy sił szukać czegoś normalnego. Zamówiłyśmy kurczaka tandori. Dostałyśmy po porcji kilku wysuszonych na wiór kawałków, do tego surową cebulę przyprawioną kolendrą. Przed wizytą w Indiach nie znałam tej przyprawy. Myślałam, że cebula była trzymana w niewypłukanej z płynu do naczyń misce i dlatego czuć ją jakimś chemicznym syfem. Oddałam ją Magdalenie, której to nie przeszkadzało, zjadłyśmy te kilka kawałków kury, zapłaciłyśmy kolosalny rachunek i z ulgą skierowałyśmy do wyjścia. "Jak paniom smakowało?" zapytał, "Bardzo niedobre, ale na szczęście mało." odparłam i pojechałyśmy do hotelu nadal głodne jak psy. Zjadłyśmy zachomikowane na czarną godzinę żelazne racje żywnościowe i poszłyśmy spać.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Dzień 4 PUSHKAR - JAIPUR

 

Jeden dzień w Puszkarze zdecydowanie nam wystarczył. Przed wyjazdem wstąpiłyśmy jeszcze na chwilę do świątyni sikhów. Jest to religia, która powstała około 500 lat temu jako mix hinduizmu i islamu. Ciekawe jest to, że w kraju, gdzie zabobony, społeczeństwo kastowe, poniżanie kobiet jest bardzo silnie zakorzenione, powstała doktryna oparta na wierze w równość i pracę dla dobra społeczności. Pewnie dlatego nie ma zbyt wielu zwolenników, gdyż ludzie wolą religie, którymi mogą usprawiedliwić nienawiść i zakłamanie.
Sikhowie to ludzie wywodzący się z reguły z kast wyższych, bogaci, wykształceni. Kiedy wchodzi się na teren ich świątyni (trzeba zakryć głowę, zdjąć buty i przejść przez płytki basenik) zstępuje na człowieka błogi spokój. Nie ma szaleństwa i wyciągania ręki po pieniądze na każdym kroku, jak w hinduistycznych czy islamskich obiektach sakralnych. W świątyniach Sikhów króluje zazwyczaj biały marmur i złoto, którymi pokrywają ściany i kolumny oraz duży, plastikowy zegar wiszący na takiej złotej ścianie. 

Wracałyśmy do Jaipuru przez wyschnięte pola i małe wioski. Na pustyniach jak w westernie widać było szkielety krów i innych dużych zwierząt. Ludzie w wioskach żyją bardzo biednie i tylko niezmiennie kolorowe sari kobiet są jaśniejszymi punktami w monotonnym, zakurzonym krajobrazie.


Na miejscu zatrzymałyśmy się w tym samym hotelu co poprzednio. Umówiłyśmy się wcześniej na spotkanie z Aslamem. Zaprosił nas do domu na herbatę. Rodzina w komplecie, miło ich było znów zobaczyć, tym razem w codziennych, nie odświętnych ubraniach. Powitaniom nie było końca bo to była naprawdę duża rodzina.
Chciałyśmy zobaczyć słonie. Żaden problem, Aslam zadeklarował się zostać naszym słoniowym przewodnikiem. Okazało się, że niedaleko jego domu jest olbrzymia stajnia dla słoni, które pracują jako transport do Fortu Amber. 


Poszliśmy tam, Aslam pogadał chwilę z pracującymi przy słoniach kolegami i mogłyśmy spokojnie je sobie pooglądać. Są to zwierzaki o różnym temperamencie. Niektóre nerwowo kręciły się w swoich boksach, inne dały się nawet pogłaskać. Słoń w dotyku jest szorstki, chropowaty i ma drapiąca szczecinę, ale urocze to zwierzę kiedy daje się drapać za uszkiem z rozkoszą mrużąc kaprawe oczęta. Każdy z nich jest ozdobiony jakimś wzorem, najczęściej kwiatowym biegnącym od czoła do końca trąby. Najpiękniej, bo w dwa lwy, pomalowany był najbardziej nerwowy i niespokojny słoń. 


Bardzo byłam ciekawa jak komuś udało się namalować na nim cokolwiek, a zwłaszcza tak skomplikowany wzór. Wygląda to naprawdę zabawnie, kiedy facecik ważący jakieś 50 kilo strofuje pięciotonowego olbrzyma niczym szczeniaka, żeby się nie wiercił, bo kwiatki na trąbie będą krzywe.


Potem pojechaliśmy na osiedle dla słoni. Zapadał już zmierzch. Minęliśmy ogromny basen, gdzie były kąpane i dotarliśmy do jednego z domów. Rozmieszczone były w sporej odległości od siebie, każdy składał się z części mieszkalnej i olbrzymiej stajni dla zwierzęcia. Weszliśmy do środka, przywitaliśmy z gospodarzem, który zajęty był malowaniem wzorów na słoniowej trąbie przy skąpym świetle zawieszonej pod sufitem żarówki. Jego mała córcia pomagała tatusiowi trzymając kubek z farbą. Żona też przyszła zobaczyć co to za zamieszanie z jednym oseskiem na ręku, drugi maluch trzymał się spódnicy.
Słoń niewzruszenie żuł słomę i co chwilę dostawał po nosie za to, że nie chciał stać nieruchomo. Jego posłuszeństwo opiekunowi było niezwykłe. Gdyby się rozzłościł i machną trąbą trochę mocniej, to nie byłoby z faceta co zbierać.


Aslam zaprosił nas do domu na kolację, przedtem jednak musiał zrobić zakupy. Najpierw poszliśmy do rzeźnika. Przed wejściem stały uwiązane dwie kozy. Zaczęłam się domyślać, co będzie głównym daniem. Potem posadził nas na murku przed salonem fryzjerskim, przyniósł zimnej wody i poszedł kupić jeszcze warzywa. Towarzystwa dotrzymywał nam tata Aslama, który właśnie skończył się golić. Nie znał słowa po angielsku, więc pouśmiechaliśmy się do siebie a potem siedział bez ruchu wyglądając bardzo dostojnie. Z ciekawością przyglądałam się pracy fryzjera. Zaczął nakładać klientowi mydlaną pianę na twarz. Nie skończył jednak na brodzie i policzkach, tylko pojechał po całości, łącznie z nosem i czołem.

Wrócił Aslam i poszliśmy do domu. W kuchni siedziały co najmniej cztery pokolenia kobiet, wszystkie wzięły się za przygotowywanie nam kolacji. Na propozycję pomocy zareagowały wielkim zdziwieniem. Co takie białaski mogą wiedzieć o gotowaniu? Magdalena się uparła i zabrała za krojenie czosnku obserwowana przez kilka par sceptycznych oczu. Ja siedziałam z chłopakami i mieliśmy niezły ubaw. W końcu wygoniły nas na taras. Usiedliśmy na obrusie do spożywania posiłków rozścielonym na posadzce. Przyłączyły się do nas dzieciaki i kuzyn Aslama, przystojniak w typie bollywoodzkiego amanta, z tymi ich rzęsami i mięśniami. Kuzyn miał w mieście sklep z tekstyliami a prócz tego spędził pół roku w Hiszpanii. Oczywiście bardzo nas namawiał na wizytę w swoim sklepie. Podziękowałyśmy i powiedziałyśmy, że się postaramy jutro wpaść. "Dlaczego sprzedawcy w Indiach tak oszukują zachodnich klientów sprzedając im podróbki po wygórowanych cenach?", zapytałam ciekawa odpowiedzi człowieka związanego z branżą. "Każdy chce jak najwięcej zarobić. Ale was na pewno nie oszukam, bo jesteście przyjaciółmi rodziny" odparł kuzyn z rozbrajającą szczerością. Gwiazdy migotały nam nad głowami, z oddali słychać było odgłosy miasta. Pojawiła się potrawka z kozy, ostra jak diabli, do tego chapati. Kiedy skończyliśmy dzieciaki zabrały talerze i obrus, po czym się zmyły. Aslam i Magdalena przeszli w inną część tarasu zatopieni w rozmowie. 

Zostałam z kuzynem ślącym w moim kierunku powłóczyste spojrzenia. Mogłam się w sumie wcześniej domyślić, że coś kombinują. "Maja, zakochałem się w tobie." kuzyn nie tracił czasu na niepotrzebne wstępy, byłam szczerze zaskoczona. "Aha... że co? Jak możesz mnie kochać? Znamy się od jakiejś godziny, nawet mnie nie znasz." Odparłam sceptyczne w stylu europejskiego kina moralnego niepokoju. Kuzyn jechał dalej po bollywoodzku: "Nie ważne jak długo się znamy. Od pierwszej chwili, kiedy Cię zobaczyłem moje serce wie, że jesteś tą jedyną. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułem." Siedziałam gapiąc się na niego z rozdziawionymi ustami. "Jesteś taka piękna. Masz cudowne oczy, uszy, nos..." ciągnął tak przez dobre parę minut, postanowiłam nie przerywać, dobrze mu szło. Podświadomie czekałam na pojawienie się muzyki, do której moglibyśmy rozpocząć nasz romantyczny taniec pod gwiazdami. "Uprawiałaś kiedyś seks?" Zmienił nagle temat. "No... zdarzyło się, raz czy dwa." , "Ja też." Odparł strasznie z siebie zadowolony. "Kiedy byłem w Hiszpanii koledzy wynajęli mi prostytutkę." , "Jak miło. To ja idę sprawdzić co u Magdaleny i Aslama słychać." 
Podeszłam do Magdaleny: "Co tam?", "Aslam mi się oświadczył. Rozmawiał już z mamą i resztą rodziny, nie mają nic przeciwko. Ojcu jeszcze nie powiedział, ale na pewno się zgodzi. Jak ja się zgodzę to przygotuje prezenty dla moich rodziców i pojedzie do Polski prosić ich o moją rękę." "Aha. Czyli to była koza zaręczynowa. Mi kuzyn tylko oznajmił, że mnie kocha. No, ale Aslama znamy już od 3 dni a jego 2 godziny. Późno się zrobiło, wracamy do hotelu?" Pożegnałyśmy chłopaków, umówiliśmy się na spotkanie w sklepie kuzyna następnego dnia i odeszłyśmy w mrok mijając śpiące krowy i wyjące psy. To  był ostatni raz, kiedy widziałam przystojnego, romantycznego kuzyna.