Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hinduism. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hinduism. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 grudnia 2013

Dzień 10 VARANASI

Po drobnych dwóch godzinach opóźnienia pociąg dowlókł się do Varanasi. 

Przez hindusów zwane Kaśi jest jednym z najstarszych siedlisk ludzi, zamieszkałe nieprzerwanie od ok czterech tysięcy lat. By mieć nadzieję na przerwanie koła samsary i ostateczne uwolnienie od przymusu kolejnych narodzin, lub chociaż częściowe przepalenie karmy i odrodzenie w lepszych warunkach hindus przybywa do Varanasi by tam umrzeć, a jego doczesne szczątki powinny zostać spalone na Manikarnika ghat, wyjątkowym, świętym miejscu, gdzie sfery niebiańskie stykają się ze sferami ziemskimi i podziemnymi. 
Rytuał spopielania ciała po śmierci jest tak stary jak cała indyjska cywilizacja. Przepalenie najgrubszej materii człowieka, jaką jest jego fizyczne ciało pozostające w okowach pożądania, nienawiści i zaślepienia, pozwala szybciej uwolnić atmana, boską cząstkę człowieka należącą do niezniszczalnego brahmana i uzyskać samadhi. Nie spopiela się ciał ludzi ukąszonych przez kobrę (święty wąż Wisznu), dotkniętych trądem (ich ciała są przepalone chorobą, więc ich karma jest oczyszczona), małych dzieci, kobiet w ciąży oraz świętych mężów. Ich ciała są wrzucane bezpośrednio do rzeki.
Woda jest paradygmatem wszystkich religii hindu. Ma moc oczyszczania i jest nieskończonym źródłem energii życia, a kąpiel w świętej rzece zawsze przywraca moc z chwili narodzenia. Wokół rzeki Gangi, z przywiązania do jej piękna i tajemnicy utworzyła się największa z religii świata, Kumbha Mela, starożytna jak ludzka pamięć o pierwszych osadach nad rzeką Saraswati, przeniesionych na Nizinę Gangestańską. Kraina Bharatów, kolebka dzisiejszych Indii, leży w dwurzeczu Gangi i Jamuny.

 Bogini Ganga
Zrzuciłyśmy graty w hotelu i wyszłyśmy by zwiedzić okolicę, a zwłaszcza zobaczyć te słynne ghaty i coś zjeść przy okazji. Znalazłyśmy w miarę czystą knajpkę, nie mogłam już patrzeć na daal, zamówiłam smażony ryż z warzywami. W kwestii smaku obie potrawy mogły sobie podać ręce, ryż trudniej było zapomnieć, bo ciężkostrawny siedział na żołądku. Postanowiłam się zbuntować kulinarnie i zapowiedziałam Magdalenie, że od tej pory moim głównym zadaniem na tej wycieczce jest znalezienie porządnej pizzerii. Przeszłyśmy przez plątaninę wąskich zaśmieconych, cuchnących moczem uliczek i wyszłyśmy na ghaty. 




Słońce prażyło niemiłosiernie na odkrytym terenie. Ruszyłyśmy przed siebie oglądając zaniedbane pałace maharadżów, niektóre przerobione na hotele, w niektórych mieszkały tylko małpy i szczury. 


Po schodach z gracją biegały krowy i kozy. Był to kolejny punkt do skreślenia z mojej listy pt. "Nigdy nie widziałam..." Pod ścianami pałaców swoje legowiska mają "święci sadhu", czy też hipisi, jak pogardliwie nazwał ich spotkany przez nas hindus.


Powiedział też, że prawdziwi sadhu, pustelnicy żyją w swoich samotniach w lesie na przeciwnym brzegu Gangesu, nie paradują przed turystami. Wyrzekając się wszelkich dóbr tego świata i działania na jego rzecz, by w ten sposób nie gromadzić nowej karmy. Sadhu hipisi siedzą w swoich kolorowych szałasach upaleni świętym zielem Shivy a swymi mądrościami dzielą się najchętniej z turystami, za drobną opłatą oczywiście.


Nad samym brzegiem Gangesu zacumowanych było mnóstwo łodzi, niektóre stały na brzegu dopiero w fazie produkcji. Śmieci tradycyjnie walały się wszędzie, ale Ganges był zaskakująco od nich wolny. Rzeka ta ma wręcz magiczne właściwości samooczyszczania się ze wszystkiego co z wielkim zapałem wrzucają, wlewają i wsypują do niej Indianie. Mimo to nie odważyła bym się zamoczyć choćby palca. Hindusi pokładają wielką ufność w Gandze. Idąc z biegiem rzeki można zaobserwować kolejno jak spalane są zwłoki a prochy wsypywane do rzeki gdzie kąpią się krowy. Kawałek dalej robione jest pranie, kąpią się ludzie a jakiś pan nabiera wody do sporego kanistra co by rodzina, która nie przyjechała z nim też mogła się napić i tak dalej rzeka sobie płynie. Ganga jeżdżąca na krokodylu musi bardzo kochać swoich wyznawców.


Usiadłyśmy w cieniu obserwując kąpiel czarnych krów. Opiekujący się nimi chudy jak badyl dziadek próbował wpędzić do rzeki wielkiego byka, który to nie przejawiał ochoty na kąpiel. Było to dość dziwne, bo na przykład ja bardzo przejawiałam.


Wróciłyśmy do hotelu by przespać najgorętsze godziny południowe i planowałyśmy wrócić nad Ganges by zobaczyć słynną wieczorną ceremonię. Po zachodzie słońca znów zaszczyciłyśmy ulicę naszą obecnością. Tym razem postanowiłyśmy pobuszować trochę po plątaninie uliczek ciągnących się wzdłuż brzegu Gangesu. 


W dzień wychodzą tylko ci, co muszą. Wieczorem załatwia się większość spraw. Otwarte zostały wszystkie sklepiki, rozłożono stragany z owocami, z kapliczek słychać było śpiew i dźwięk instrumentów, nawet krowy się ożywiły.


Był to fascynujący spektakl i gdy w końcu dotarłyśmy na miejsce ceremonii został po niej tylko rozwiewający się dym z kadzideł i mlaszczący ludzie, bowiem co wieczór rozdawane jest tam jedzenie i każdy głodny człowiek dostanie miskę daalu. Patrzyłyśmy z podziwem na tą bardzo sprawnie zorganizowaną kuchnię polową a na nas patrzył jakiś białas. Uśmiechnęłam się do niego. Podszedł: "Cześć jestem Dawid z Anglii", "Cześć Dawidzie, jesteśmy M&M z Polski. Wiesz może gdzie tu można zjeść pizzę?" Wiedział. Czyż mogło być piękniej. Przez resztę wieczoru pałętaliśmy się wspólnie.

Chciałyśmy zobaczyć z bliska Manikarnika ghat, gdzie niemal przez całą dobę płoną stosy. Ruszyliśmy więc w jego stronę. Nagle doczepił się koleś, który postanowił zostać naszym przewodnikiem. W Indiach ciągle się ktoś doczepia, zwykle jest to jakiś oślizgły, arogancki typek który za "usługę" której człowiek od niego nie chce żąda po jej wykonaniu pieniędzy. Drugim typem, występującym dużo rzadziej jest ktoś po prostu sympatyczny, chcący podzielić się wiedzą o swojej kulturze, bo jest z niej dumny (zwykle w stylu "nasza 4000-letnia religia jest lepsza od waszej 2000-letniej."). Podziękowałam mu i powiedziałam, żeby sobie poszedł ale nie przyjął tego do wiadomości i dalej gadał jak nakręcony. Podeszliśmy już niedaleko stosów i chcieliśmy wejść na stojący nieopodal rząd ławek, kiedy zaczął wydzierać się wniebogłosy, że kobietom jest tam wstęp wzbroniony. Dlaczego? Bo histeryzują na pogrzebach. Daniel zasugerował, żeby zignorować kolesia i tak też byśmy zrobiły gdyby nie fakt, że o ile na nas nikt nie zwracał uwagi to na wrzeszczącego na nas faceta już tak. Powiedział, że nas zaprowadzi naokoło, żebyśmy nie zakłóciły spokoju żałobników. Przeszliśmy kilka metrów i już nie było przeszkód, byśmy mogły usiąść obok Daniela. Hindus postanowił w końcu przejść do konkretów. Oświadczył, że on za swoje opowieści nie chce żadnych pieniędzy, ale żebyśmy mu dały na drewno dla biednych, tysiąc rupii wystarczy na niewielki stosik. Altruista chędożony. Z wielce zatroskaną miną odparłam, że szkoda, że nie powiedział nam o tym wcześniej, to by mu zaoszczędziło fatygi bo wybraliśmy się na spacer bez portfeli.
Płonęły stosy pogrzebowe, po chwili cali pokryci byliśmy popiołem. Zwłoki palone są na kilku poziomach. Najwyżej pali się ludzi bogatych, najbiedniejszych nad samym brzegiem Gangesu. Płeć denata można poznać po kolorze materiału, którym jest przykryty. Białe płótno dla mężczyzn, kolorowe dla kobiet. Materiał płonie najszybciej i na tle ognia widać było groteskowy zarys kończyn. Nad tym wszystkim wznoszą się poszarzałe od dymu budynki. Starzy, biedni hindusi przebywają w nich aż do śmierci, by potem na pewno być spalonym na Manikarnika i mieć szansę raz na zawsze opuścić ten padół łez. Gdy już miałyśmy dość wdychania czyjejś babci pożegnałyśmy się z Danielem i ruszyłyśmy do hotelu pragnąc tylko wytrzepać się z popiołów (oczywiście z należytym szacunkiem) i przede wszystkim prysznica.

W Varanasi chyba najlepiej widoczne jest mieszanie się sacrum i profanum. Na ghatah toczy się życie we wszelkich jego aspektach, ludzie tam po prostu mieszkają, na łodziach czy w szałasach niczym huby przyrośniętych do murów pałaców. Jedzą, wydalają, kąpią się, prowadzą życie towarzyskie i interesy, hodują bydło, i umierają. To wszystko obserwują ze swych kapliczek i świątyń bogowie, słychać pieśni i mantry, ludzie modlą się zanurzając w świętych wodach Gangesu obok innych ludzi robiących w tych świętych wodach pranie. Jest w tym wszystkim jakaś taka cudowna wolność niespotykana u nas, gdzie wszystko zaraz skończyło by się mandatem, sanepidem, urzędem skarbowym, tablicami zakazów, nakazów i dużą ilością płotów.

sobota, 23 listopada 2013

Dzień 9 KHAJURAHO - VARANASI

Rano wymeldowałyśmy się z hotelu, zostawiłyśmy plecaki w komórce obok recepcji i ruszyłyśmy w miasto. Poprzedniego dnia oglądnęłyśmy co ma do zaoferowania Khajuraho sprzed kilku tysięcy lat. Tego przyszedł czas na Khajuraho współczesne. Najpierw jednak postanowiłyśmy zwiedzić okolicę. Polecany przez przewodniki oraz rikszarzy wodospad wydał się ciekawy, ale w czasie pory suchej zmienia się w ciurkający strumyczek. Pojechaliśmy zatem do rezerwatu tygrysów Panna, popływać sobie z krokodylami w rzece Ken.


Droga prowadziła przez wyschniętą na pył ziemię. Szkielety drzew i krzaków straszyły z pobocza, wiatr bił po twarzy gorącymi podmuchami. Po dotarciu na miejsce wskoczyłyśmy do wody indyjskim zwyczajem, czyli w pełni ubrane, tylko buty zostały na brzegu. Nie chcemy przecież ułatwiać sprawy krokodylowi, jeśli chce mnie zeżreć to se będzie musiał przedtem rozpakować. Dno rzeki było dość kamieniste i Magdalena rozcięła sobie stopę do krwi. Jednak mimo jej usilnych starań by zwabić jakiegoś rzecznego zwierza, nic nie zakłóciło naszego pływania.
Zanim zebraliśmy się do wyjazdu ubrania były już suche. Po powrocie poszliśmy do znanego nam już z wczorajszego dnia sklepu tekstylnego. Sympatyczny właściciel poczęstował nas chai po czym wrócił do przerwanej próby uprzejmego wyproszenia spalonych świętym zielem Shivy Angoli. Chłopaki przynieśli daal, rozścielono nam na podłodze cenne kobierce i zjedliśmy obiad wśród dywanów, poszewek i kolorowych chust.


Po południu wyszliśmy poszwendać się po miejscowości, popodglądać jak żyją rodowici Khajurachanie. Jak w całych Indiach i tutaj śmieci są wszechobecne. Magdalena zadała Plocie pytanie, niewątpliwie spędzające sen z powiek wszystkim nieindianom przebywającym w Indiach: "Dlaczego żyjecie w takim syfie? Nie przeszkadza wam brodzenie w śmiechach koło własnego domu? Czemu nie macie nawet głupich koszy na śmieci?" Odpowiedź była prosta: "Lubimy nasze śmieci, nawet jak by ktoś próbował postawić kosz na odpady to Indus by go wywrócił i przywrócił Indyjski porządek." Próby zrozumienia subtelnych zawiłości obcej kultury przerwała nam krowa, która wybiegła z bramy czyjegoś gospodarstwa z wyraźnym zamiarem nadziania mnie na ostre jak szpikulce, długie, zakręcone rogi. Wzięłam nogi za pas. Prawdopodobnie zdenerwowała ją moja biała skóra, ale nie miałam ochoty zatrzymywać się by przedyskutować tę kwestię z krową-rasistką.


Spacerując wśród współcześnie tworzonych budynków trudno nie porównywać ich do świątyń powstałych cztery tysiące lat temu. Dzisiejsza architektura wypada bardzo słabo, odnosi się wrażenie, że Indusi cofają się w rozwoju. Obecne budowle to czysta funkcja, prostokątne boksy z dziurą w ścianie dzięki której w środku jest jasno i większej dziury przez którą można dostać się do środka, wszędzie wiszą jakieś kable. Często spotkać można paskudne współczesne świątynki, małe budyneczki pokryte kafelkami i jarmarcznymi kolorowymi kwiatkami, czy innymi "ozdobami".







 Sklep z ubraniami dla turystów, żaden szanujący się Indus nie pomyśli nawet o założeniu czegoś takiego.

Posiedzieliśmy chwilę nad jeziorem pokrytym rzęsą, śmieciami i innymi niezidentyfikowanymi substancjami. Zaszło słońce. W świątyni Shivy nieopodal zaczynały się wieczorne uroczystości. Zdjęliśmy buty przed wysokimi schodami prowadzącymi do budowli i weszliśmy do środka. Wnętrze w formie koła, pośrodku na podwyższeniu umieszczony został olbrzymi słup symbolizujący penisa Shivy. Rozpoczęła się ceremonia puja, owionął nas zapach kadzideł, instrumenty zaczęły wybijać ogłuszający rytm. Ludzie śpiewali a kapłan grał na muszli. Po wszystkim wierni otrzymali błogosławieństwo i rozeszli się do domów.


Plota zaprosił nas do siebie na kolację. Mieszka w olbrzymim, kilkupiętrowym domu z całą rodziną. Poznałyśmy jego uroczych rodziców oraz siostry, jedna z nich również miała na imię Maja, co sprawiło wszystkim dużo radości. Usadowiono nas przy stole, mama upiekła chapati i panierowane warzywa. Jako gościom honorowym ojciec Ploty zaproponował nam miejscowy bimber. Jego pędzenie jest w Indiach nielegalne, ale jak wszędzie indziej na świecie tego typu zakazy traktowane są raczej jak luźne wskazówki i konsekwentnie ignorowane. Plota z namaszczeniem otworzył malutką buteleczkę i ponalewał nam trochę na dno kubeczków. 
Często w trakcie odwiedzania różnych krajów, nie mówiąc już o różnych regionach Polski, ich mieszkańcy w dowód sympatii i chęci pochwalenia się lokalnym nektarem bogów, częstują bimbrem. W takich sytuacjach zwykle najpierw piję a potem się zastanawiam. Nie jest to może zbyt rozsądne, zważywszy na to, że czasem ten sam trunek wykorzystywany jest do rozpuszczania gwoździ i innych takich, ale na pewno ciekawe. Magdalena jest z tych, co się najpierw zastanawiają. Wychyliłam swój kubek, ona siedziała obracając swój w dłoni. "Co robisz?" zapytałam, "Czekam na popitkę." Odparła tonem, którego używa odpowiadając na niedorzeczne pytania. "Nie świruj, tylko spróbuj." Wypiła i zaczęła się śmiać. Lokalny, nielegalny bimber smakował jak woda, do której ktoś nakapał owocowej wódki. 
Zrobiło się późno i musiałyśmy wracać do hotelu, żeby nie spóźnić się na pociąg. Na szczęście w hotelach zwykle nie robili problemu, gdy prosiłyśmy o wynajęcie pokoju na godzinę, często nie chcieli nawet za to pieniędzy. Z ulgą weszłam po prysznic by zmyć z siebie Khajuraho. Potem tylko przebrałam się w czyste ciuchy, wypiłam herbatę i trzeba było ruszać dalej w ciemną noc. Stacja kolejowa całkiem przyjemna, pociąg o dziwo się nie spóźnił, również o dziwo nie było tłoku. Powycierałyśmy z grubsza newralgiczne części prycz mokrymi chusteczkami, zamordowałyśmy karalucha i mogłyśmy wreszcie pójść spać gdy pociąg bezszelestnie sunął po torach w kierunku Varanasi.

poniedziałek, 23 września 2013

Dzień 7 ORACHHA - KHAJURAHO

 

Przed wyjazdem z uroczej Orachhy poszłyśmy jeszcze zobaczyć siedemnastowieczny kompleks pałacowy. Podobno jeden z nich, Jahangiri Mahal maharadża Bir Sing Deo budował dla cesarza Jahangira przez 20 lat. Cesarz spędził w nim noc, stwierdził, że sympatyczny domek i w ogóle, ale raczej nie w jego stylu, i pałac został porzucony. Weszłyśmy na teren kompleksu przez nabijaną kolcami bramę. Były umieszczane tam po to, by zapobiec wyważeniu bramy słoniem. 


Kupiłyśmy bilety po tradycyjnie zawyżonej cenie. Do tego chcieli absurdalną ilość pieniędzy za możliwość robienia zdjęć i niedorzeczną opłatę za nakręcenie filmu. Pan w kasie był bardzo zdziwiony, że nie chcemy robić zdjęć ani filmów; "Ale czemu, taki ładny pałac?" Oczywiście łgałyśmy w żywe oczy. Jahangiri Mahal piękny jak orientalny sen, nawet tak zaniedbany i ogołocony z prawie wszystkich ozdób. Gdzieniegdzie zachowały się oryginalne malowidła, niczym wspomnienie dawnej wspaniałości. Nie rozumiem, czemu cesarz nie chciał w nim mieszkać, ja bym brała.


Na jednym z krużganków drzemała małpa, langur szary. Wyglądał spokojnie i zaczęłam podchodzić bliżej. Byłam jakieś dwa metry od niego, gdy powoli otworzył oczy a wargi uniosły się odsłaniając klawiaturę białych zębów. Śpiący langur wyglądał bardzo ludzko ale wystarczyło, by zaczął warczeć i iluzja człowieczeństwa szybko zniknęła. Nie czekałam co zrobi dalej i wycofałam się na z góry upatrzoną pozycję.

W Indonezji małpy były przyjazne lub po prostu ignorowały ludzi, dziwiłam się, czemu Azjaci się ich boją. Wystarczy jednak spotkać dziko żyjącą, by nabrać respektu. Bardzo agresywne paskudy. Zwiedziłyśmy jeszcze Raj Mahal, mniej okazały ale za to sporo w nim było dość dobrze zachowanych fresków. 

W okolicy było jeszcze kilka ciekawych budowli do oglądnięcia, rozległe ruiny na pustkowiu, ale musiałyśmy wracać by zdążyć na pociąg do Khajuraho.

Pociąg spóźnił się bagatela trzy godziny, co jak się później okazało nie było jakimś specjalnym rekordem. O dziwo dworce w Indiach są dobrze oznaczone, tablice przyjazdów/odjazdów działają. Przeważnie nie miałyśmy problemu ze znalezieniem peronu. Człowiek może się jednak zestresować, kiedy zapowiadany pociąg nie przyjeżdża od trzech godzin, a w ogłaszanych informacjach pomijany jest ten fakt. Po prostu spóźniający się pociąg przestaje być zapowiadany do czasu, aż się pojawi.


Czekając poznałyśmy dwie Rosjanki, które odwiedzały Indie któryś już raz z rzędu i pałętały się tu już od trzech miesięcy. Byłam pod wrażeniem wielkości ich plecaków, połowy objętości mojego, a miałam w nim naprawdę tylko podstawowe wyposażenie (co prawda pod koniec wycieczki w połowie wypełniony był pamiątkami.)


W końcu przyjechał. Miałyśmy miejsca w sleeperze, a kiedy jedna z uroczych towarzyszek podróży w końcu wysiadła mogłyśmy nawet skorzystać z poduszek, które przejęła na zasadzie "kto pierwszy, ten lepszy" i na nich spała. Na wszystkich sześciu.

Induska śpiąca w seksownej pozie 'facepalm'. 
Wbrew pozorom nie chciała się udusić, tylko jakimś cudem tak jej było wygodnie. 
Tzw różnice kulturowe jak mniemam.

 Dotarłyśmy do Khajuraho w środku nocy. Następnego dnia miałyśmy wreszcie zobaczyć erotyczne świątynie, czyli to, czego byłam najbardziej ciekawa.

środa, 4 września 2013

Dzień 5 AMER - SIKIRI - AGRA

Pałętałyśmy się po tym szalonym kraju od kilku dni i jakoś tak mało nam było Indii w Indiach. Często można się tam poczuć jak w jakimś kraju arabskim. Wg internetowych źródeł hindusi w Indiach to ok 80% społeczeństwa a muzułmanie 14%, miałam jednak wrażenie, że jest ich co najmniej 50%.

Indie mają islamowi wiele do wybaczenia. Muzułmanie najeżdżali Indie by rabować, gwałcić i mordować, przy okazji niszczyli hinduskie oraz buddyjskie miejsca kultu. Najskuteczniejsi okazali się Wielcy Mogołowie, z premedytacją i doszczętnie usuwali je z powierzchni ziemi od 1526r. Dynastia ta podbiła i rządziła Indiami 180 lat. Postanowili wyplenić hinduizm burząc świątynie w całym państwie, zakazując obchodzenia świąt, mieszanych  małżeństw, nakładając podatki na niewiernych a w końcu po prostu ich mordując. Arthur L. Basham swoją książkę "The Wonder That was India" kończy właśnie na roku 1526. O dziwo jednak, patrząc na inne kraje podbite przez muzułmanów, Indie oparły się islamizacji. Po upadku dynastii Mogołów i w czasie późniejszego przejęcia władzy przez Wielką Brytanię hinduizm przeżywał swoje odrodzenie. Do dziś trwa odbudowywanie świątyń i próby ratowania tego, co zostało z tysiącletnich budowli.

Tego dnia zwiedziłyśmy "indyjskie" perły architektury Fatehpur Sikri i Taj Mahal. Bardzo ładne kwiatki i ażurki. Trudno z resztą, żeby nie były ładne skoro Islam zabrania wykonywania wizerunków istot żywych "z twarzą" i biedni, niewątpliwie sfrustrowani artyści przez całe życie dłubali tylko te swoje ażury i zieleninę.

Fatehpur Sikri, XVI-wieczne miasto duchów. Zdecydowałyśmy się je odwiedzić w ostatniej chwili, po drodze do Agry. Kupiłyśmy bilety, do których w pakiecie była dołączona przewodniczka. Rozumiałam jakieś 2/3 z tego co mówiła, załatwił mnie jej akcent. Większy problem miałam tylko z gośćmi z call center (zrozumiałam wreszcie o co chodzi w tych angielskich dowcipach).

Założycielem miasta był Dżalal-ud-dina Muhammad Akbar, w skrócie Akbar (wielki). Mimo jego nędznej postury nie był to przydomek ironiczny, bowiem był on człowiekiem, którego porównać można z Juliuszem Cezarem czy Aleksandrem Wielkim. Gdy w wieku 17 lat przeją rządy jako trzeci cesarz z dynastii Wielkich Mogołów na Nizinie Gangestańskiej panował chaos i głód. Umarł jako najbogatszy władca ówczesnych czasów, pozostawiając po sobie zjednoczone 2/3 Indii, olbrzymią armię, sprawny system podatkowy i administrację. Podporządkował sobie Radżputów, Afganów, zdobył Gudżarat i wcielił do imperium Kaszmir.


Władca wraz z dworem podróżował po swych włościach mieszkając w seraju. Trudno mi to sobie wyobrazić, przenośne, olśniewające przepychem miasteczko namiotowe. Dworzanie, żony, setki konkubin (ówcześni władcy zbierali je jak Pokemony) nie licząc służby. Mnóstwo namiotów, niebanalne zadanie logistyczne. Nic dziwnego, że Akbarowi w końcu się znudziło i postanowił zbudować sobie miasto. Na miejsce jego powstania wybrał wioskę Sikri gdzie mieszkał mędrzec sufi, Salim Ćiśti. Według legendy cesarz przez długi czas nie mógł doczekać się dziedzica. Salim zabił własnego syna, by jego dusza mogła się wcielić w pierworodnego potomka cesarza. 


Fatehpur Sikri w całości zbudowane jest z czerwonego piaskowca, tylko grobowiec Salima, zrobiony z białego marmuru wyraźnie odcina się od otoczenia. W kompleksie widoczne jest połączenie stylów architektury muzułmańskiej, hinduskiej i perskiej. Tak samo jak w architekturze cesarz chciał przywrócić równowagę między religiami m.in. poślubiając hinduskę i chrześcijankę, a także znosząc szereg krzywdzących hindusów praw ustanowionych przez jego przodków.

Zwiedzanie rozpoczęłyśmy od części gdzie mieszkali władca i jego dwór. Rozmieszczenie a także kształt budynków przypomina bardziej obóz namiotowy niż pałac cesarski. Wszystko jest takie malutkie i urocze. Na początku weszłyśmy do i-Khas, Sali Audiencji Prywatnych. Jej środek zajmuje rzeźbiona kolumna podtrzymująca sześciometrowy okrągły tron cesarski, do którego prowadzą kamienne mosty z czterech rogów sali.


Potem zobaczyłyśmy pałace królowych, harem, pałac wiatrów, baseny. Gołe, kamienne szkielety budynków, odarte ze wszystkiego. Jednak nawet te pozostałości po dawnej świetności robią wrażenie. Niesamowity detal, wszystko wykonane z niebywałym pietyzmem.



Na dziedziniec olbrzymiego meczetu Jama Masjid prowadzą monumentalne bramy. Buland Darwaza (Brama Zwycięstwa), pełniąca rolę łuku triumfalnego razem ze schodami ma 54m wysokości. Najsłynniejsza z umieszczonych na niej inskrypcji brzmi: "Jezus syn Marii powiedział: świat jest mostem, przejdź po nim, ale nie buduj na nim domów. Ten, kto ma nadzieję na godzinę, może mieć nadzieję na wieczność. Świat trwa godzinę. Spędź ją na modlitwie, bo reszta jest ukryta."


W przeciwieństwie do opuszczonej części pałacowej, po której snują się tylko turyści, meczet tętni życiem. Ludzie łazili, modlili się, robili interesy, jedli obiad, spali. Kochana przewodniczka nie mogła się powstrzymać i zaprowadziła nas do kolesia sprzedającego kolorowe szmaty. Taką kupioną u niego tkaniną wierni przykrywają grobowiec Salima Ćistiego podczas modlitwy. Panie, idź pan, nie nasza religia, nie nasz święty, po co mamy to robić?


Chodzenie boso, bo buty trzeba było zostawić pod bramą, po rozgrzanych kamieniach dziedzińca wymagało wiele samozaparcia, a biegać i podskakiwać nie wypadało. Wreszcie zrozumiałam dlaczego przewodniczka miała na nogach grube frotowe skarpety. Po meczecie poszłyśmy zobaczyć ten słynny grobowiec świętego męża.


W środku wyglądał ciekawiej niż z zewnątrz. Ażury doskonale zdają egzamin jako klimatyzacja. Koronkowa ściana zewnętrzna skrywała niewielkie pomieszczenie otoczone korytarzem. W środkowej części znajdował się grobowiec pokryty tkaninami i pieniędzmi.


Muzułmanki nie są godne przebywać w tak ważnych i świętych miejscach, pewnie zaczęłyby piszczeć i poobgryzały kolumny, albo co. Modlą się zatem na zewnątrz i na ażurowym oknie wiążą czerwone wstążeczki.


Miasto zostało opuszczone w 1585 roku z powodu niewydolności systemów nawadniających i odległości od źródła wody. Jest to hipoteza, ale trudno wymyślić inny powód do zostawienia tego niesamowitego miasta. Zwłaszcza gdy stoi się tam w porze suchej w samo południe. Podeszwy stóp miałyśmy już spieczone jak chapati, było koszmarnie gorąco. Odzyskałyśmy nasze obuwie od krzykaczy przy bramie i ruszyłyśmy w stronę Agry, by zobaczyć jeden z siedmiu cudów świata, Taj Mahal. Robienie z niego symbolu Indii jest jak stwierdzenie, że Pałac Kultury i Nauki jest symbolem Polski. Muzułmański grobowiec wizytówką Hinduskiego kraju, gdzie podstawą jest wiara w reinkarnację? Bitch please.

Taj Mahal, owiany legendą o tragicznej miłości cesarza Shah Jahana do jego trzeciej z jedenastu żon Mumtaz Mahal. Gdy zmarła, władca pogrążony w wielkim smutku rozkazał wybudować jej wspaniały grobowiec jako dowód wielkiej miłości. Przed śmiercią poprosiła go, by się więcej nie żenił, więc nie dobił do 20 żon jak mój ulubieniec Akbar. Miał jednak na pocieszenie kilkutysięczny harem, więc myślę, że biedak jakoś dał radę. 

Mumtaz Mahal i Shah Jahan

Skończmy jednak te podśmiechujki z bajeczek dla romantycznych turystów. Mumtaz i Shah Jahan znali się od dziecka. Ślub wzięli gdy on miał 20 a ona 19 lat. Koronowani na cesarza i cesarzową zostali 16 lat później. Rola Mumtaz na dworze nie sprowadzała się tylko do bycia ozdobą tronu, wspólnie z mężem sprawowała władzę. Prowadziła politykę łagodzenia konfliktów między muzułmanami a hindusami, rozpoczętą przez Akbara. Była obecna na wszelkich naradach i politycznych spotkaniach doradzając cesarzowi skryta za pardą. Pod swą pieczą miała dużo wykształconych kobiet. W tamtych czasach Persjanki posiadały dużą wiedzę medyczną, w szczególności znały się na położnictwie. Ale o kobietach w tym kontekście historia nie wspomina zbyt często. Jak na przykład o Satiunnisie, zwanej Grotem Dzidy Między Niewiastami, znakomitej lekarce i uczonej, obdarzonej godnością strażniczki pieczęci cesarzowej. Na dworze zasłynęła jednak jako deklamatorka Koranu i poezji.

Skoro w haremie nie było problemem kontrolowanie ilości potomstwa i wiedziano jak niebezpieczne mogą być tak częste ciąże, to dlaczego cesarzowa w ciągu 19 lat rodziła trzynaście razy? To sprawiło, że przedwcześnie się postarzała i w końcu umarła wydając na świat 14 dziecko w wieku 49 lat. Shah Jahan szalał z rozpaczy. Stracił swoją powiernicę i przyjaciółkę, która była jego opoką w sprawach politycznych i prywatnych. Zarządził dwa lata żałoby. W Islamie kobiety nie idą do raju. Gdy uzmysłowił sobie fakt, że nie spotka się z Mumtaz po śmierci, kompletnie się załamał. Kazał ulemom (uczeni, muzułmańscy teologowie) znaleźć w świętych pismach jakieś odstępstwa od tej reguły. Gdy odpowiedź wciąż była odmowna wpadł na inny pomysł. Wybuduje ku czci Allacha budowlę tak wspaniałą, że ten, oszołomiony pięknem grobowca pozwoli Mumtaz wejść do raju.

Ulemowie zachwyceni tym zwrotem wydarzeń zacierali pazerne łapki. Gdy żyła Mumtaz nie znaczyli nic na dworze, gdzie panował rozsądek i racjonalizm. Po jej śmierci cesarz stał się gorliwym wyznawcą Allaha. Ulemowie zyskiwali coraz większą władzę. Pod ich wpływem Shah Jahan zaprzepaścił wszystko, nad czym pracował jego ukochany dziadek Akbar i żona. Rozpoczęły się masowe pogromy hindusów i chrześcijan, metodyczne niszczenie świątyń, co według Ulemów miało Mumtaz pomóc w dostaniu się do raju.

I tym właśnie jest Taj Mahal. Dla hindusów symbolem ucisku, bezużyteczną budowlą gdyż każdy, nawet cesarzowa podlega reinkarnacji. Dla muzułmanów miejscem świętym, symbolem męczeństwa - bowiem w Islamie kobieta umierająca przy porodzie jest traktowana niemal jak święta, męczennica - a nie wiecznej miłości.

Agra, gdzie znajduje się Taj Mahal to miasto dla wielbicieli apokalipsy zombie. Próba przedarcia się do bram kompleksu przez rzucających się na nas z wrzaskiem i obłędem w oczach przewodników, sprzedawców itp. oszołomów, dostarcza podobnych wrażeń. Na teren zwiedzania wchodzimy przez bramkę VIP do czego uprawnia nas bilet dla białasów za 750INR, Indianie ze swoimi biletami za 20 drepczą powoli w kolejce. Przechodzimy przez olbrzymią bramę...


...i tadam, oczom naszym ukazuje się cacuszko z białego marmuru wysadzane drogimi kamieniami.


Pierwotnie grobowiec otoczony był perskim ogrodem, pełnym egzotycznych drzew i kwiatów. Niestety Brytyjczycy przerobili go na park angielski. Po jego terenie przechadzało się mnóstwo turystów z całych Indii i znacznie mniej z reszty świata. Brodziłyśmy w tym tłumie aż do wejścia do mauzoleum. Ludzie przepędzeni zostali jak stado kóz dookoła grobu cesarzowej. Nie było możliwości stanięcia przez chwilę w spokoju i obejrzenia wnętrza. Jak by tego było mało w środku było ciemno i duszno. Wszystko zorganizowane jest na zasadzie "wszedłeś, zobaczyłeś, no to wypad."


Zdjęć w środku nie można robić, więc jak zwykle w takich sytuacjach włączył mi się duch wolności i przekory, i napstrykałam w opór. 


 

Kwiatki i ażurki najwyższej próby. Legenda głosi, że po skończonej budowie cesarz kazał poobcinać ich twórcom kciuki, by nie powstało już nic równie wspaniałego. Do dziś potomkowie tych artystów pracują przy renowacji mauzoleum, a w pobliskich sklepach można kupić ich dzieła z wzorami zrobionymi w ten sam sposób co te w Taj Mahal. 

Zbliżał się wieczór, czekałyśmy, aż marmur zacznie zmieniać kolor. Zmęczone chciałyśmy sobie gdzieś pod Taj Mahal usiąść, ale się nie dało. Ciągle ktoś nam robił zdjęcia, albo podchodził i chciał się z nami fotografować. Było to dość miłe do momentu, kiedy po trzeciej zmianie miejsca odpoczynku, w którym zaczynało robić się tłoczno, podeszła do nas jakaś dziewczynka. Ok, zróbmy sobie słit focię. Okazało się, że dziewczynka ma ze sobą olbrzymią rodzinę, z której każdy taką fotkę z nami chciał. Po chwili się zorientowałam, że za rodziną ustawiła się kolejka, jakieś dziesięć osób i cały czas dochodzili nowi. Dookoła zebrał się też spory tłum, chcący zobaczyć co się dzieje i przy okazji zrobić zdjęcie. Generalnie przez dłuższą chwilę nikt nie interesował się siódmym cudem świata, tylko nami. Zwiałyśmy stamtąd i schowałyśmy się pod meczetem. "Przepraszam bardzo, mogę sobie zrobić z tobą zdjęcie?" Bosz, "Jasne, 30 rupii" postanowiłam zmienić strategię, koleś się zdziwił i sobie poszedł. Miałyśmy spokój, miejsce powoli się wyludniało. 


Za mauzoleum rozciąga się rzeka, wstęp od jej strony broniony jest przez uzbrojonych w broń maszynową ochroniarzy, dwie krowy i małego kundelka. Przynajmniej to się pałętało za zasiekami. Zrobiło się ciemno, w zależności od koloru nieba marmur zmieniał kolor, z białego na pomarańczowy. Pożegnałyśmy Taj Mahal.

 

Agra jest koszmarna, jedynym słusznym sposobem zwiedzenia Taj Mahal jest zrobienie tego po drodze do innego miejsca, by jak najkrócej przebywać w tym mieście. Zaprowadzono nas do jakiejś "eleganckiej" knajpy, ale już nie miałyśmy sił szukać czegoś normalnego. Zamówiłyśmy kurczaka tandori. Dostałyśmy po porcji kilku wysuszonych na wiór kawałków, do tego surową cebulę przyprawioną kolendrą. Przed wizytą w Indiach nie znałam tej przyprawy. Myślałam, że cebula była trzymana w niewypłukanej z płynu do naczyń misce i dlatego czuć ją jakimś chemicznym syfem. Oddałam ją Magdalenie, której to nie przeszkadzało, zjadłyśmy te kilka kawałków kury, zapłaciłyśmy kolosalny rachunek i z ulgą skierowałyśmy do wyjścia. "Jak paniom smakowało?" zapytał, "Bardzo niedobre, ale na szczęście mało." odparłam i pojechałyśmy do hotelu nadal głodne jak psy. Zjadłyśmy zachomikowane na czarną godzinę żelazne racje żywnościowe i poszłyśmy spać.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Dzień 4 PUSHKAR - JAIPUR

 

Jeden dzień w Puszkarze zdecydowanie nam wystarczył. Przed wyjazdem wstąpiłyśmy jeszcze na chwilę do świątyni sikhów. Jest to religia, która powstała około 500 lat temu jako mix hinduizmu i islamu. Ciekawe jest to, że w kraju, gdzie zabobony, społeczeństwo kastowe, poniżanie kobiet jest bardzo silnie zakorzenione, powstała doktryna oparta na wierze w równość i pracę dla dobra społeczności. Pewnie dlatego nie ma zbyt wielu zwolenników, gdyż ludzie wolą religie, którymi mogą usprawiedliwić nienawiść i zakłamanie.
Sikhowie to ludzie wywodzący się z reguły z kast wyższych, bogaci, wykształceni. Kiedy wchodzi się na teren ich świątyni (trzeba zakryć głowę, zdjąć buty i przejść przez płytki basenik) zstępuje na człowieka błogi spokój. Nie ma szaleństwa i wyciągania ręki po pieniądze na każdym kroku, jak w hinduistycznych czy islamskich obiektach sakralnych. W świątyniach Sikhów króluje zazwyczaj biały marmur i złoto, którymi pokrywają ściany i kolumny oraz duży, plastikowy zegar wiszący na takiej złotej ścianie. 

Wracałyśmy do Jaipuru przez wyschnięte pola i małe wioski. Na pustyniach jak w westernie widać było szkielety krów i innych dużych zwierząt. Ludzie w wioskach żyją bardzo biednie i tylko niezmiennie kolorowe sari kobiet są jaśniejszymi punktami w monotonnym, zakurzonym krajobrazie.


Na miejscu zatrzymałyśmy się w tym samym hotelu co poprzednio. Umówiłyśmy się wcześniej na spotkanie z Aslamem. Zaprosił nas do domu na herbatę. Rodzina w komplecie, miło ich było znów zobaczyć, tym razem w codziennych, nie odświętnych ubraniach. Powitaniom nie było końca bo to była naprawdę duża rodzina.
Chciałyśmy zobaczyć słonie. Żaden problem, Aslam zadeklarował się zostać naszym słoniowym przewodnikiem. Okazało się, że niedaleko jego domu jest olbrzymia stajnia dla słoni, które pracują jako transport do Fortu Amber. 


Poszliśmy tam, Aslam pogadał chwilę z pracującymi przy słoniach kolegami i mogłyśmy spokojnie je sobie pooglądać. Są to zwierzaki o różnym temperamencie. Niektóre nerwowo kręciły się w swoich boksach, inne dały się nawet pogłaskać. Słoń w dotyku jest szorstki, chropowaty i ma drapiąca szczecinę, ale urocze to zwierzę kiedy daje się drapać za uszkiem z rozkoszą mrużąc kaprawe oczęta. Każdy z nich jest ozdobiony jakimś wzorem, najczęściej kwiatowym biegnącym od czoła do końca trąby. Najpiękniej, bo w dwa lwy, pomalowany był najbardziej nerwowy i niespokojny słoń. 


Bardzo byłam ciekawa jak komuś udało się namalować na nim cokolwiek, a zwłaszcza tak skomplikowany wzór. Wygląda to naprawdę zabawnie, kiedy facecik ważący jakieś 50 kilo strofuje pięciotonowego olbrzyma niczym szczeniaka, żeby się nie wiercił, bo kwiatki na trąbie będą krzywe.


Potem pojechaliśmy na osiedle dla słoni. Zapadał już zmierzch. Minęliśmy ogromny basen, gdzie były kąpane i dotarliśmy do jednego z domów. Rozmieszczone były w sporej odległości od siebie, każdy składał się z części mieszkalnej i olbrzymiej stajni dla zwierzęcia. Weszliśmy do środka, przywitaliśmy z gospodarzem, który zajęty był malowaniem wzorów na słoniowej trąbie przy skąpym świetle zawieszonej pod sufitem żarówki. Jego mała córcia pomagała tatusiowi trzymając kubek z farbą. Żona też przyszła zobaczyć co to za zamieszanie z jednym oseskiem na ręku, drugi maluch trzymał się spódnicy.
Słoń niewzruszenie żuł słomę i co chwilę dostawał po nosie za to, że nie chciał stać nieruchomo. Jego posłuszeństwo opiekunowi było niezwykłe. Gdyby się rozzłościł i machną trąbą trochę mocniej, to nie byłoby z faceta co zbierać.


Aslam zaprosił nas do domu na kolację, przedtem jednak musiał zrobić zakupy. Najpierw poszliśmy do rzeźnika. Przed wejściem stały uwiązane dwie kozy. Zaczęłam się domyślać, co będzie głównym daniem. Potem posadził nas na murku przed salonem fryzjerskim, przyniósł zimnej wody i poszedł kupić jeszcze warzywa. Towarzystwa dotrzymywał nam tata Aslama, który właśnie skończył się golić. Nie znał słowa po angielsku, więc pouśmiechaliśmy się do siebie a potem siedział bez ruchu wyglądając bardzo dostojnie. Z ciekawością przyglądałam się pracy fryzjera. Zaczął nakładać klientowi mydlaną pianę na twarz. Nie skończył jednak na brodzie i policzkach, tylko pojechał po całości, łącznie z nosem i czołem.

Wrócił Aslam i poszliśmy do domu. W kuchni siedziały co najmniej cztery pokolenia kobiet, wszystkie wzięły się za przygotowywanie nam kolacji. Na propozycję pomocy zareagowały wielkim zdziwieniem. Co takie białaski mogą wiedzieć o gotowaniu? Magdalena się uparła i zabrała za krojenie czosnku obserwowana przez kilka par sceptycznych oczu. Ja siedziałam z chłopakami i mieliśmy niezły ubaw. W końcu wygoniły nas na taras. Usiedliśmy na obrusie do spożywania posiłków rozścielonym na posadzce. Przyłączyły się do nas dzieciaki i kuzyn Aslama, przystojniak w typie bollywoodzkiego amanta, z tymi ich rzęsami i mięśniami. Kuzyn miał w mieście sklep z tekstyliami a prócz tego spędził pół roku w Hiszpanii. Oczywiście bardzo nas namawiał na wizytę w swoim sklepie. Podziękowałyśmy i powiedziałyśmy, że się postaramy jutro wpaść. "Dlaczego sprzedawcy w Indiach tak oszukują zachodnich klientów sprzedając im podróbki po wygórowanych cenach?", zapytałam ciekawa odpowiedzi człowieka związanego z branżą. "Każdy chce jak najwięcej zarobić. Ale was na pewno nie oszukam, bo jesteście przyjaciółmi rodziny" odparł kuzyn z rozbrajającą szczerością. Gwiazdy migotały nam nad głowami, z oddali słychać było odgłosy miasta. Pojawiła się potrawka z kozy, ostra jak diabli, do tego chapati. Kiedy skończyliśmy dzieciaki zabrały talerze i obrus, po czym się zmyły. Aslam i Magdalena przeszli w inną część tarasu zatopieni w rozmowie. 

Zostałam z kuzynem ślącym w moim kierunku powłóczyste spojrzenia. Mogłam się w sumie wcześniej domyślić, że coś kombinują. "Maja, zakochałem się w tobie." kuzyn nie tracił czasu na niepotrzebne wstępy, byłam szczerze zaskoczona. "Aha... że co? Jak możesz mnie kochać? Znamy się od jakiejś godziny, nawet mnie nie znasz." Odparłam sceptyczne w stylu europejskiego kina moralnego niepokoju. Kuzyn jechał dalej po bollywoodzku: "Nie ważne jak długo się znamy. Od pierwszej chwili, kiedy Cię zobaczyłem moje serce wie, że jesteś tą jedyną. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułem." Siedziałam gapiąc się na niego z rozdziawionymi ustami. "Jesteś taka piękna. Masz cudowne oczy, uszy, nos..." ciągnął tak przez dobre parę minut, postanowiłam nie przerywać, dobrze mu szło. Podświadomie czekałam na pojawienie się muzyki, do której moglibyśmy rozpocząć nasz romantyczny taniec pod gwiazdami. "Uprawiałaś kiedyś seks?" Zmienił nagle temat. "No... zdarzyło się, raz czy dwa." , "Ja też." Odparł strasznie z siebie zadowolony. "Kiedy byłem w Hiszpanii koledzy wynajęli mi prostytutkę." , "Jak miło. To ja idę sprawdzić co u Magdaleny i Aslama słychać." 
Podeszłam do Magdaleny: "Co tam?", "Aslam mi się oświadczył. Rozmawiał już z mamą i resztą rodziny, nie mają nic przeciwko. Ojcu jeszcze nie powiedział, ale na pewno się zgodzi. Jak ja się zgodzę to przygotuje prezenty dla moich rodziców i pojedzie do Polski prosić ich o moją rękę." "Aha. Czyli to była koza zaręczynowa. Mi kuzyn tylko oznajmił, że mnie kocha. No, ale Aslama znamy już od 3 dni a jego 2 godziny. Późno się zrobiło, wracamy do hotelu?" Pożegnałyśmy chłopaków, umówiliśmy się na spotkanie w sklepie kuzyna następnego dnia i odeszłyśmy w mrok mijając śpiące krowy i wyjące psy. To  był ostatni raz, kiedy widziałam przystojnego, romantycznego kuzyna.


wtorek, 13 sierpnia 2013

Dzień 3 JAIPUR - PUSHKAR

Po drodze do świętego miasta Pushkar zatrzymałyśmy się jeszcze, by zwiedzić Pałac Wiatrów (Hawa Mahal) i Jaipurskie muzeum. Hawa Mahal został wybudowany w 1799 r. przez króla-poetę Sawai Pratap Singha. 

Budynek ma pięć pięter, w ażurowej fasadzie z różowego piaskowca są aż 953 okna, bo pałac powstał po to, by panie mieszkające na królewskim dworze mogły oglądać życie ulicy.


 Z pałacu, który faktycznie ma w sobie coś kobiecego, lekkie, ażurowe konstrukcje, smukłe kolumny i subtelne zdobienia, widać cały Jaipur.


Muzeum też ciekawe, zwłaszcza broń, niesamowita, zwłaszcza moje ulubione katary znane mi głównie z gier komputerowych :) Zaiste inwencja Indusów w kwestii różnorodności przyrządów do pozbawiania bliźniego życia wzbudziła mój podziw.


W końcu opusciłyśmy Jaipur i po kilku godzinach byłyśmy już w Pushkarze.

Pushkar to jedno z najstarszych miast w Indiach. Nie wiadomo kiedy dokładnie powstało, ale dużo bardziej interesujące jest, jak powstało. Brali w tym udział najważniejsi bogowie i boginie, creme de la creme z liczącego plus minus 330 milionów bogów hinduskiego panteonu, czyli nie taka błaha sprawa.
Według hinduskich pism świętych Padma Purana, demon Vajranabha (vel Vajranash) grasował w okolicach dzisiejszego Puszkaru. Pożerał dzieci, gwałcił kozy, itp takie tam zwykłe demonie rozrywki. Nie spodobało się to Brachmie, który przybył w swym fancy pojeździe - kwiecie lotosu i zabił demona. Kwiatek jako środek transportu może i robi wrażenie, ale jest mało praktyczny. W wyniku tej całej awantury odpadły od niego trzy płatki. W miejscach, gdzie spadły na ziemię powstały jeziora: Jyeshta Pushkar (pierwsze i największe), Madya Pushkar (średnie) i Kanishta Pushkar (najniżej położone i najmłodsze). Gdy Brahma zstąpił na ziemię, nazwał to miejsce Pushkar, czyli gdzie kwiat ("Pushpa") wypadł z ręki Brahmy ("kar").
Brahma
By uchronić je przed dalszymi atakami demonów Brahma postanowił przeprowadzić yajnę (ofiara ognia) w największym jeziorze. By nikt mu w tym nie przeszkodził stworzył cztery wzgórza wokół Pushkaru: Ratnagiri na południu, Nilgiri na północy, Sanchoora na zachodzie, Suryagiri na wschodzie i umieścił na nich bogów.
Do przeprowadzenia istotnej części yajny potrzebował asysty swej małżonki Saraswati (vel Savitri), która miała jednak inne plany, była umówiona z Lakshmi, Parvati i Indrani. 

 Tridevi, czyli trójca bogiń: Lakshmi, Parvati, Saraswati
Nie mogła przecież wszystkiego rzucić i przybiec w podskokach, bo mężuś coś sobie wymyślił. Brachma się zirytował, że musi czekać, po czym zastanowił przez chwilę i wpadł na (zapewne wg niego genialny) pomysł. Poprosił boga Indrę (króla nieba), aby znalazł dla niego odpowiednią dziewczynę, z którą mógłby się ożenić i zakończyć yajnę. Indra, czy to przez pośpiech, czy przez to, że dobrze znał Saraswati, znalazł tylko Gujarkę, którą uświęcili przez przepuszczenie jej przez ciało krowy (nie znam i chyba nie chcę znać szczegółów). Bogowie Wisznu, Sziwa i kapłani potwierdzili jej czystość. Narodziła się ponownie i została nazwana Gayatri. 

Gayatri
Brahma poślubił ją i już bez przeszkód mógł kontynuować yajnę. Niezwykle ważnym zadaniem, do którego małżonka była mu potrzebna, było siedzenie obok niego z garnkiem Amrita (eliksiru życia) na głowie. Nic dziwnego, że Savitri się nie śpieszyła.

Saraswati
Kiedy w końcu dotarła na miejsce zobaczyła, że Gayatri, nowa żona jej męża siedzi na jej miejscu obok Brahmy. "Piekło nie zna furii takiej jak kobieta wzgardzona". Zaczęła od Brahmy, rzuciła na niego klątwę, która sprawiła, że nie będzie on czczony nigdzie prócz Puszkaru. Wzięła się też za jego kumpli. Od tej pory Indra miał przegrywać wszystkie bitwy, Vishnu cierpieć rozłąkę z żoną jako człowiek, bóg ognia Agni, który zaoferował yajnę zaczął wszystko pożerać, a kapłanów odprawiających yajni uczyniła biednymi.
Gayatri, która została obdarzona mocą przez yajnę, złagodziła jednak moc klątwy. Błogosławiony Pushkar miał być głównym celem pielgrzymek, Indra na zawsze zachował swoje niebo, Wisznu miał się narodzić jako człowiek - Rama i ostatecznie zjednoczyć z małżonką. Kapłani stali się uczonymi i zyskali przez to szacunek i poważanie.

Tak więc wszystko skończyło się dobrze i zapewne - jak to w Indiach - grupowym tańcem synchronicznym.

Zameldowałyśmy się w hotelu. Był całkiem przyjemny, jeżeli nie zwracało się uwagi na mrówki biegające po pokoju, pościel nie zmienianą chyba od czasów pierwszego gościa (do Indii lepiej nie wybierać się bez własnego prześcieradła...) i wyłączający się prąd (...oraz latarki). Wszystko to wynagrodził nam w pełni basen (tak, tak). Pierwszy i ostatni raz skorzystałyśmy z wziętych optymistycznie strojów kąpielowych.
Po południu wybrałyśmy sie na tzw. safari na wielbłądach. Była to jednak bardziej wycieczka po okolicy, bo do pustyni nie dotarłyśmy.


Wielbłądy to jedne z moich ulubionych zwierzaków, mimo, że jeden próbował odgryźć mi twarz. Mają takie uroczy wyraz pyska, jakby właśnie przypomniały sobie jakiś przedni dowcip i rozczulający przeprost kończyn. Są dużo wygodniejsze niż konie, maja bardziej miękki krok dzięki amortyzatorom przy kopytkach. Pojechałyśmy przed siebie oglądając okolice, pola białych kwiatów które zbierali kolorowo ubrani ludzie, ruiny dawnych świątyń. W oddali widać było góry. W końcu dojechaliśmy do olbrzymiego jeziora Jyeshta Pushkar.


Jego brzegi zamieniono w ghaty, czyli schody prowadzące do wody. Żeby wejść na ghaty trzeba było zdjąć buty, co przy kamieniu nagrzanym do 40 stopni i przylepionych wszędzie gołębich odchodach było niezbyt przyjemne. Postanowiłyśmy zrobić sobie spacer dookoła jeziora.


Ledwo uszłyśmy kilka kroków a przed nami pojawił się ubrany na biało starzec z siwą brodą, z szyi zwisały mu korale a na czole miał czerwona kropę - bindi. Witajcie, skąd jesteście? Macie męża i dzieci? Nie? No to musimy coś na to zaradzić - zaprowadził nas na brzeg, do rąk dostałyśmy po garści płatków czerwonego kwiatu. Kapłan zaczął swoje modły, a raczej zaintonował litanię pobożnych życzeń, które wg niego były spełnieniem marzeń każdej kobiety: żebyście miały dobrego bogatego męża, wasze pierwsze dziecko było chłopcem, itd, itp. Na koniec zawiązał nam po pomarańczowym sznurku na nadgarstku i namazał bindi na czole, a potem zaprowadził do kolegi i kazał sobie zapłacić. A dokładniej mówiąc wpłacić datek na biednych, z którego lwia część szła do kieszeni tychże "kapłanów". Na dowód, ze turyści bardzo chętnie i ochoczo dawali mu pieniądze pokazał nam księgę z wpisanymi dość absurdalnie wysokimi datkami rzędu setek euro. Myślę, ze sam to wpisał puszczając wodze fantazji. Pożegnałyśmy się z pazernym i nachalnym kapłanem, nic na nas biedak nie zarobił. Ja się swojej nitki czary-mary pozbyłam dość szybko, Magdalena nosi do dziś w oczekiwaniu na spełnienie indyjskiej magii. Takie z nas rozważna i romantyczna.


Szłyśmy dalej mijając modlących i kąpiących się w świętych wodach jeziora ludzi. Kobiety stały w ubraniu zanurzone po pas, faceci rozebrani pływali, czyli generalnie było widać, kto się lepiej bawi. Dookoła fruwały gołębie, krowy skubały niewidoczne kępki trawy. Doszłyśmy do punktu wyjścia, wsiadłyśmy na Rockiego i Johnego, które puściły się galopem do następnego miejsca, którym była świątynia Brahmy. Kolejny raz trzeba było zdjąć buty a także zostawić aparaty przed wejściem.
Weszłyśmy po schodach z białego marmuru, przeszłyśmy przez marmurową bramę. Centrum placu zajmowała świątynia. Niebieskie kolumny skrywały ołtarz z posagiem Brahmy, gdzie odbywała się pudźa. Dookoła, przy zewnętrznym murze znajdowały się mniejsze świątynki. Ludzie składali ofiary z kwiatów i słodyczy. Co jakiś czas postawiony był "karmnik dla pszczół" pełen kwiatków i cukierków. Jak nietrudno się domyślić latało tam mnóstwo pszczół, os i innych równie stresujących owadów. Było też zejście do podziemi. Sympatyczny Hindus zachęcił nas, byśmy tam weszły i zobaczyły świętego człowieka. Zeszłyśmy schodami do wąskiego korytarzyku wykutego w skale, który rozszerzał się tworząc niewielki pokój, w którym siedział Sadhu. Przechodzili kolo niego ludzie, stawali na chwilę by się pomodlić, wrzucić datek do misy z żelazną kobrą, a potem szli dalej.

Zapadał zmierzch, trzeba było wracać. Zostawiłyśmy nasze wierzchowce przed hotelem. Okazało się, ze mieszkają niedaleko, wiec kiedy wieczorem wyszłyśmy coś zjeść Rocky & Johny staly przywiazane do parkanu, najedzone i ogarnięte do spania, a ich ludzcy towarzysze właśnie spożywali kolację.
Puszkar to dość gwarne miasteczko. Dużo tam białasów, głównie z Anglii i Rosji, chcących doznać oświecenia. Mają im w tym pomóc liczne ashramy oferujące zajęcia z yogi i medytacji, tak obecnie trendy wśród hipstero-hipisow. Tam pierwszy raz natknęłyśmy się na tych nawiedzonych, wytatuowanych, obwieszonych koralami dziwaków, którzy już dawno dojrzeli do swojej corocznej kąpieli. Wiadomo, co kto lubi, ale trudno było się nie nabijać z tej złotej młodzieży bawiącej się w nirwanę w oparach świętego ziela Sziwy.
Usiadłyśmy w malej knajpce, gdzie kucharz na bieżąco przygotowywał dal i piekl ciapaty w rozgrzanym do czerwoności starożytnym kamiennym piecu. Ogólnie w Puszkarze, mimo widocznego nastawienia na turystów, wyczuwalna jest aura czegoś bardzo starego, mistycznego. Zwłaszcza w nocy, gdy człowiek siedzi owiewany dymem z kamiennego pieca, obserwuje przechodzące krowy i orszak weselny jedząc placki, których smak nie zmienił się od tysięcy lat.
Na ścianie jadłodajni wisiała malutka umywalka, przy niej za rurę wetknięta była szczoteczka do zębów i pasta. Podszedł do niej koleś, który skończył jeść i umył zęby. Szturchnęłam Magdalenę zapatrzoną w czarną krowę - patrz, to szczoteczka dla klientów. Możesz sobie umyć zęby, żeby nie chuchać cebulą, jakie to mile. Po jedzeniu poszłyśmy jeszcze pooglądać stragany z biżuterią i ubraniami a potem grzecznie do hotelu. Rocky i Johny już spali. Tak samo ich poganiacze, kawałek dalej chrapali rozwaleni na rozłożonych przy drodze kocach. Poszłyśmy spać i my.