Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hindusi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hindusi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 grudnia 2013

Dzień 10 VARANASI

Po drobnych dwóch godzinach opóźnienia pociąg dowlókł się do Varanasi. 

Przez hindusów zwane Kaśi jest jednym z najstarszych siedlisk ludzi, zamieszkałe nieprzerwanie od ok czterech tysięcy lat. By mieć nadzieję na przerwanie koła samsary i ostateczne uwolnienie od przymusu kolejnych narodzin, lub chociaż częściowe przepalenie karmy i odrodzenie w lepszych warunkach hindus przybywa do Varanasi by tam umrzeć, a jego doczesne szczątki powinny zostać spalone na Manikarnika ghat, wyjątkowym, świętym miejscu, gdzie sfery niebiańskie stykają się ze sferami ziemskimi i podziemnymi. 
Rytuał spopielania ciała po śmierci jest tak stary jak cała indyjska cywilizacja. Przepalenie najgrubszej materii człowieka, jaką jest jego fizyczne ciało pozostające w okowach pożądania, nienawiści i zaślepienia, pozwala szybciej uwolnić atmana, boską cząstkę człowieka należącą do niezniszczalnego brahmana i uzyskać samadhi. Nie spopiela się ciał ludzi ukąszonych przez kobrę (święty wąż Wisznu), dotkniętych trądem (ich ciała są przepalone chorobą, więc ich karma jest oczyszczona), małych dzieci, kobiet w ciąży oraz świętych mężów. Ich ciała są wrzucane bezpośrednio do rzeki.
Woda jest paradygmatem wszystkich religii hindu. Ma moc oczyszczania i jest nieskończonym źródłem energii życia, a kąpiel w świętej rzece zawsze przywraca moc z chwili narodzenia. Wokół rzeki Gangi, z przywiązania do jej piękna i tajemnicy utworzyła się największa z religii świata, Kumbha Mela, starożytna jak ludzka pamięć o pierwszych osadach nad rzeką Saraswati, przeniesionych na Nizinę Gangestańską. Kraina Bharatów, kolebka dzisiejszych Indii, leży w dwurzeczu Gangi i Jamuny.

 Bogini Ganga
Zrzuciłyśmy graty w hotelu i wyszłyśmy by zwiedzić okolicę, a zwłaszcza zobaczyć te słynne ghaty i coś zjeść przy okazji. Znalazłyśmy w miarę czystą knajpkę, nie mogłam już patrzeć na daal, zamówiłam smażony ryż z warzywami. W kwestii smaku obie potrawy mogły sobie podać ręce, ryż trudniej było zapomnieć, bo ciężkostrawny siedział na żołądku. Postanowiłam się zbuntować kulinarnie i zapowiedziałam Magdalenie, że od tej pory moim głównym zadaniem na tej wycieczce jest znalezienie porządnej pizzerii. Przeszłyśmy przez plątaninę wąskich zaśmieconych, cuchnących moczem uliczek i wyszłyśmy na ghaty. 




Słońce prażyło niemiłosiernie na odkrytym terenie. Ruszyłyśmy przed siebie oglądając zaniedbane pałace maharadżów, niektóre przerobione na hotele, w niektórych mieszkały tylko małpy i szczury. 


Po schodach z gracją biegały krowy i kozy. Był to kolejny punkt do skreślenia z mojej listy pt. "Nigdy nie widziałam..." Pod ścianami pałaców swoje legowiska mają "święci sadhu", czy też hipisi, jak pogardliwie nazwał ich spotkany przez nas hindus.


Powiedział też, że prawdziwi sadhu, pustelnicy żyją w swoich samotniach w lesie na przeciwnym brzegu Gangesu, nie paradują przed turystami. Wyrzekając się wszelkich dóbr tego świata i działania na jego rzecz, by w ten sposób nie gromadzić nowej karmy. Sadhu hipisi siedzą w swoich kolorowych szałasach upaleni świętym zielem Shivy a swymi mądrościami dzielą się najchętniej z turystami, za drobną opłatą oczywiście.


Nad samym brzegiem Gangesu zacumowanych było mnóstwo łodzi, niektóre stały na brzegu dopiero w fazie produkcji. Śmieci tradycyjnie walały się wszędzie, ale Ganges był zaskakująco od nich wolny. Rzeka ta ma wręcz magiczne właściwości samooczyszczania się ze wszystkiego co z wielkim zapałem wrzucają, wlewają i wsypują do niej Indianie. Mimo to nie odważyła bym się zamoczyć choćby palca. Hindusi pokładają wielką ufność w Gandze. Idąc z biegiem rzeki można zaobserwować kolejno jak spalane są zwłoki a prochy wsypywane do rzeki gdzie kąpią się krowy. Kawałek dalej robione jest pranie, kąpią się ludzie a jakiś pan nabiera wody do sporego kanistra co by rodzina, która nie przyjechała z nim też mogła się napić i tak dalej rzeka sobie płynie. Ganga jeżdżąca na krokodylu musi bardzo kochać swoich wyznawców.


Usiadłyśmy w cieniu obserwując kąpiel czarnych krów. Opiekujący się nimi chudy jak badyl dziadek próbował wpędzić do rzeki wielkiego byka, który to nie przejawiał ochoty na kąpiel. Było to dość dziwne, bo na przykład ja bardzo przejawiałam.


Wróciłyśmy do hotelu by przespać najgorętsze godziny południowe i planowałyśmy wrócić nad Ganges by zobaczyć słynną wieczorną ceremonię. Po zachodzie słońca znów zaszczyciłyśmy ulicę naszą obecnością. Tym razem postanowiłyśmy pobuszować trochę po plątaninie uliczek ciągnących się wzdłuż brzegu Gangesu. 


W dzień wychodzą tylko ci, co muszą. Wieczorem załatwia się większość spraw. Otwarte zostały wszystkie sklepiki, rozłożono stragany z owocami, z kapliczek słychać było śpiew i dźwięk instrumentów, nawet krowy się ożywiły.


Był to fascynujący spektakl i gdy w końcu dotarłyśmy na miejsce ceremonii został po niej tylko rozwiewający się dym z kadzideł i mlaszczący ludzie, bowiem co wieczór rozdawane jest tam jedzenie i każdy głodny człowiek dostanie miskę daalu. Patrzyłyśmy z podziwem na tą bardzo sprawnie zorganizowaną kuchnię polową a na nas patrzył jakiś białas. Uśmiechnęłam się do niego. Podszedł: "Cześć jestem Dawid z Anglii", "Cześć Dawidzie, jesteśmy M&M z Polski. Wiesz może gdzie tu można zjeść pizzę?" Wiedział. Czyż mogło być piękniej. Przez resztę wieczoru pałętaliśmy się wspólnie.

Chciałyśmy zobaczyć z bliska Manikarnika ghat, gdzie niemal przez całą dobę płoną stosy. Ruszyliśmy więc w jego stronę. Nagle doczepił się koleś, który postanowił zostać naszym przewodnikiem. W Indiach ciągle się ktoś doczepia, zwykle jest to jakiś oślizgły, arogancki typek który za "usługę" której człowiek od niego nie chce żąda po jej wykonaniu pieniędzy. Drugim typem, występującym dużo rzadziej jest ktoś po prostu sympatyczny, chcący podzielić się wiedzą o swojej kulturze, bo jest z niej dumny (zwykle w stylu "nasza 4000-letnia religia jest lepsza od waszej 2000-letniej."). Podziękowałam mu i powiedziałam, żeby sobie poszedł ale nie przyjął tego do wiadomości i dalej gadał jak nakręcony. Podeszliśmy już niedaleko stosów i chcieliśmy wejść na stojący nieopodal rząd ławek, kiedy zaczął wydzierać się wniebogłosy, że kobietom jest tam wstęp wzbroniony. Dlaczego? Bo histeryzują na pogrzebach. Daniel zasugerował, żeby zignorować kolesia i tak też byśmy zrobiły gdyby nie fakt, że o ile na nas nikt nie zwracał uwagi to na wrzeszczącego na nas faceta już tak. Powiedział, że nas zaprowadzi naokoło, żebyśmy nie zakłóciły spokoju żałobników. Przeszliśmy kilka metrów i już nie było przeszkód, byśmy mogły usiąść obok Daniela. Hindus postanowił w końcu przejść do konkretów. Oświadczył, że on za swoje opowieści nie chce żadnych pieniędzy, ale żebyśmy mu dały na drewno dla biednych, tysiąc rupii wystarczy na niewielki stosik. Altruista chędożony. Z wielce zatroskaną miną odparłam, że szkoda, że nie powiedział nam o tym wcześniej, to by mu zaoszczędziło fatygi bo wybraliśmy się na spacer bez portfeli.
Płonęły stosy pogrzebowe, po chwili cali pokryci byliśmy popiołem. Zwłoki palone są na kilku poziomach. Najwyżej pali się ludzi bogatych, najbiedniejszych nad samym brzegiem Gangesu. Płeć denata można poznać po kolorze materiału, którym jest przykryty. Białe płótno dla mężczyzn, kolorowe dla kobiet. Materiał płonie najszybciej i na tle ognia widać było groteskowy zarys kończyn. Nad tym wszystkim wznoszą się poszarzałe od dymu budynki. Starzy, biedni hindusi przebywają w nich aż do śmierci, by potem na pewno być spalonym na Manikarnika i mieć szansę raz na zawsze opuścić ten padół łez. Gdy już miałyśmy dość wdychania czyjejś babci pożegnałyśmy się z Danielem i ruszyłyśmy do hotelu pragnąc tylko wytrzepać się z popiołów (oczywiście z należytym szacunkiem) i przede wszystkim prysznica.

W Varanasi chyba najlepiej widoczne jest mieszanie się sacrum i profanum. Na ghatah toczy się życie we wszelkich jego aspektach, ludzie tam po prostu mieszkają, na łodziach czy w szałasach niczym huby przyrośniętych do murów pałaców. Jedzą, wydalają, kąpią się, prowadzą życie towarzyskie i interesy, hodują bydło, i umierają. To wszystko obserwują ze swych kapliczek i świątyń bogowie, słychać pieśni i mantry, ludzie modlą się zanurzając w świętych wodach Gangesu obok innych ludzi robiących w tych świętych wodach pranie. Jest w tym wszystkim jakaś taka cudowna wolność niespotykana u nas, gdzie wszystko zaraz skończyło by się mandatem, sanepidem, urzędem skarbowym, tablicami zakazów, nakazów i dużą ilością płotów.

sobota, 23 listopada 2013

Dzień 9 KHAJURAHO - VARANASI

Rano wymeldowałyśmy się z hotelu, zostawiłyśmy plecaki w komórce obok recepcji i ruszyłyśmy w miasto. Poprzedniego dnia oglądnęłyśmy co ma do zaoferowania Khajuraho sprzed kilku tysięcy lat. Tego przyszedł czas na Khajuraho współczesne. Najpierw jednak postanowiłyśmy zwiedzić okolicę. Polecany przez przewodniki oraz rikszarzy wodospad wydał się ciekawy, ale w czasie pory suchej zmienia się w ciurkający strumyczek. Pojechaliśmy zatem do rezerwatu tygrysów Panna, popływać sobie z krokodylami w rzece Ken.


Droga prowadziła przez wyschniętą na pył ziemię. Szkielety drzew i krzaków straszyły z pobocza, wiatr bił po twarzy gorącymi podmuchami. Po dotarciu na miejsce wskoczyłyśmy do wody indyjskim zwyczajem, czyli w pełni ubrane, tylko buty zostały na brzegu. Nie chcemy przecież ułatwiać sprawy krokodylowi, jeśli chce mnie zeżreć to se będzie musiał przedtem rozpakować. Dno rzeki było dość kamieniste i Magdalena rozcięła sobie stopę do krwi. Jednak mimo jej usilnych starań by zwabić jakiegoś rzecznego zwierza, nic nie zakłóciło naszego pływania.
Zanim zebraliśmy się do wyjazdu ubrania były już suche. Po powrocie poszliśmy do znanego nam już z wczorajszego dnia sklepu tekstylnego. Sympatyczny właściciel poczęstował nas chai po czym wrócił do przerwanej próby uprzejmego wyproszenia spalonych świętym zielem Shivy Angoli. Chłopaki przynieśli daal, rozścielono nam na podłodze cenne kobierce i zjedliśmy obiad wśród dywanów, poszewek i kolorowych chust.


Po południu wyszliśmy poszwendać się po miejscowości, popodglądać jak żyją rodowici Khajurachanie. Jak w całych Indiach i tutaj śmieci są wszechobecne. Magdalena zadała Plocie pytanie, niewątpliwie spędzające sen z powiek wszystkim nieindianom przebywającym w Indiach: "Dlaczego żyjecie w takim syfie? Nie przeszkadza wam brodzenie w śmiechach koło własnego domu? Czemu nie macie nawet głupich koszy na śmieci?" Odpowiedź była prosta: "Lubimy nasze śmieci, nawet jak by ktoś próbował postawić kosz na odpady to Indus by go wywrócił i przywrócił Indyjski porządek." Próby zrozumienia subtelnych zawiłości obcej kultury przerwała nam krowa, która wybiegła z bramy czyjegoś gospodarstwa z wyraźnym zamiarem nadziania mnie na ostre jak szpikulce, długie, zakręcone rogi. Wzięłam nogi za pas. Prawdopodobnie zdenerwowała ją moja biała skóra, ale nie miałam ochoty zatrzymywać się by przedyskutować tę kwestię z krową-rasistką.


Spacerując wśród współcześnie tworzonych budynków trudno nie porównywać ich do świątyń powstałych cztery tysiące lat temu. Dzisiejsza architektura wypada bardzo słabo, odnosi się wrażenie, że Indusi cofają się w rozwoju. Obecne budowle to czysta funkcja, prostokątne boksy z dziurą w ścianie dzięki której w środku jest jasno i większej dziury przez którą można dostać się do środka, wszędzie wiszą jakieś kable. Często spotkać można paskudne współczesne świątynki, małe budyneczki pokryte kafelkami i jarmarcznymi kolorowymi kwiatkami, czy innymi "ozdobami".







 Sklep z ubraniami dla turystów, żaden szanujący się Indus nie pomyśli nawet o założeniu czegoś takiego.

Posiedzieliśmy chwilę nad jeziorem pokrytym rzęsą, śmieciami i innymi niezidentyfikowanymi substancjami. Zaszło słońce. W świątyni Shivy nieopodal zaczynały się wieczorne uroczystości. Zdjęliśmy buty przed wysokimi schodami prowadzącymi do budowli i weszliśmy do środka. Wnętrze w formie koła, pośrodku na podwyższeniu umieszczony został olbrzymi słup symbolizujący penisa Shivy. Rozpoczęła się ceremonia puja, owionął nas zapach kadzideł, instrumenty zaczęły wybijać ogłuszający rytm. Ludzie śpiewali a kapłan grał na muszli. Po wszystkim wierni otrzymali błogosławieństwo i rozeszli się do domów.


Plota zaprosił nas do siebie na kolację. Mieszka w olbrzymim, kilkupiętrowym domu z całą rodziną. Poznałyśmy jego uroczych rodziców oraz siostry, jedna z nich również miała na imię Maja, co sprawiło wszystkim dużo radości. Usadowiono nas przy stole, mama upiekła chapati i panierowane warzywa. Jako gościom honorowym ojciec Ploty zaproponował nam miejscowy bimber. Jego pędzenie jest w Indiach nielegalne, ale jak wszędzie indziej na świecie tego typu zakazy traktowane są raczej jak luźne wskazówki i konsekwentnie ignorowane. Plota z namaszczeniem otworzył malutką buteleczkę i ponalewał nam trochę na dno kubeczków. 
Często w trakcie odwiedzania różnych krajów, nie mówiąc już o różnych regionach Polski, ich mieszkańcy w dowód sympatii i chęci pochwalenia się lokalnym nektarem bogów, częstują bimbrem. W takich sytuacjach zwykle najpierw piję a potem się zastanawiam. Nie jest to może zbyt rozsądne, zważywszy na to, że czasem ten sam trunek wykorzystywany jest do rozpuszczania gwoździ i innych takich, ale na pewno ciekawe. Magdalena jest z tych, co się najpierw zastanawiają. Wychyliłam swój kubek, ona siedziała obracając swój w dłoni. "Co robisz?" zapytałam, "Czekam na popitkę." Odparła tonem, którego używa odpowiadając na niedorzeczne pytania. "Nie świruj, tylko spróbuj." Wypiła i zaczęła się śmiać. Lokalny, nielegalny bimber smakował jak woda, do której ktoś nakapał owocowej wódki. 
Zrobiło się późno i musiałyśmy wracać do hotelu, żeby nie spóźnić się na pociąg. Na szczęście w hotelach zwykle nie robili problemu, gdy prosiłyśmy o wynajęcie pokoju na godzinę, często nie chcieli nawet za to pieniędzy. Z ulgą weszłam po prysznic by zmyć z siebie Khajuraho. Potem tylko przebrałam się w czyste ciuchy, wypiłam herbatę i trzeba było ruszać dalej w ciemną noc. Stacja kolejowa całkiem przyjemna, pociąg o dziwo się nie spóźnił, również o dziwo nie było tłoku. Powycierałyśmy z grubsza newralgiczne części prycz mokrymi chusteczkami, zamordowałyśmy karalucha i mogłyśmy wreszcie pójść spać gdy pociąg bezszelestnie sunął po torach w kierunku Varanasi.

niedziela, 20 października 2013

Dzień 8 KHAJURAHO

Khajuraho, dziś nieduża wioska na granicy północnych i południowych Indii, w XI wieku było stolicą państwa Czandelów, dynastii, która w czasach swej świetności władała terenami stanu Madhya Pradesh. Walki z sąsiadami zmusiły ich jednak do przeprowadzki do górskich warowni a w XII wieku pokonani zostali przez Afganów. Rozprzestrzeniali się oni jak zaraza po Indiach północnych, plądrując i niszcząc co popadło. Mijały wieki, Khajuracho, zrujnowane i opuszczone popadło w zapomnienie. Świątynie jak i drogi do nich prowadzące porosły gęstą roślinnością, dzięki czemu ocalały od zniszczenia przez kolejnego najeźdźcę - Wielkich Mogołów.

Wstałyśmy po 6 by zdążyć przed obezwładniającym upałem. Kilka chwil od wyjścia z hotelu siedziałyśmy już w rikszy, koleś dał po pedałach i ruszyłyśmy telepiącym się niemiłosiernie ustrojstwem w stronę świątyń. Wszyscy rowerowi rikszarze wyglądają tak mizernie, że człowiek w pierwszym odruchu ma ochotę powiedzieć: "siadaj stary, ja popedałuję". Chude toto i żylaste straszliwie, ale silne jak wół. Mimo wszystko jednak na górce zsiadłyśmy, żeby biedak przepukliny nie dostał. W końcu dojechałyśmy do najbardziej znanej grupy świątyń zwanej zachodnią.


To było coś, dla czego warto było się tarabanić przez pół świata. Przepiękne, kunsztownie zdobione budowle. Niesamowite bogactwo ornamentów, nawet wzorki są tam we wzorki.


Postacie na płaskorzeźbach sprawiają wrażenie niezwykle zadowolonych ze wszystkiego. Pierwszy raz w życiu widziałam sztukę sakralną, której twórcy wykazali się poczuciem humoru. I to humoru dość pieprznego. Bardzo to miła odmiana po tych wszystkich naszych świętych przedstawianych najczęściej z miną sugerującą ciężkie zaparcie.


Świątynie powstawały w latach 900-1050, w sumie 85 na powierzchni 21km. Do dziś przetrwało około 20. Tworzono je w stylu Nagara, według traktatów filozoficznych o sztuce Śilpasiastr, które mówią, że świątynia jest strukturą magiczną, mandalą. Budowana według skomplikowanych diagramów ściśle określających proporcje staje się instrumentem komunikacji ze światem niewidocznych i tajemniczych sił. W świątyni pod postacią bogów, demonów, zwierząt i roślin zawarte są wszystkie aspekty świata widzialnego i niewidzialnego. Szczęście, miłość, seks, orgazm i spełnienie, czyli ananda, jest czystym uduchowieniem i zbliża człowieka do boskości. Erotyzm w pradawnej Indii był przedmiotem kultu i celebracji. Boska para złączona w uścisku ilustruje odwieczną i jedyną zasadę istnienia świata - przyciąganie przeciwieństw, dwóch przeciwstawnych biegunów, z połączenia których wydobywa się iskra, eksplozja rozkoszy. 


Pozytywna energia tego miejsca naprawdę daje się wyczuć, trudno przejść obojętnie wobec tych figlarnych, zadumanych czy też po prostu radosnych uśmiechów utrwalonych w kamieniu. Słoń śmiejący się z pary uprawiającej seks czy Kriszna i Radha pozujący jak do sweet foci, ona kusząco robi dzióbek (tak, tak, kaczy dzióbek na fotkach ma długą tradycję), on ją niby mimochodem łapie za wydatny biust (moda na tzw.: "melony" też jak widać przetrwała wieki).

Słynna płaskorzeźba pani malującej sobie rzęsy.

Chodziłyśmy od świątyni do świątyni podziwiając i wynajdując coraz to nowe, zabawne szczegóły. Przed wejściem do środka trzeba było zdjąć buty po czym na bosaka wspiąć się po rozgrzanych przez słońce kamiennych stopniach. Na dodatek jak człowiek zapomniał schować buty w cieniu, czy też odwrócić je podeszwami do góry to po wyjściu nie było zmiłuj.  Uczucie podobne do włożenia stopy w opiekacz do grzanek (tak przypuszczam, nie próbowałam).


Bardzo miło rozmawiało się z paniami, które tam sprzątały. Każda z nich to wdowa z kilkorgiem dzieci na utrzymaniu. Nie mają lekkiego życia, ale nie skarżą się i nie jęczą jak skupieni głównie na sobie indyjscy faceci. Jedna z nich miała paskudnie rozciętą rękę, na szczęście byłyśmy dobrze zaopatrzone w odkażacz, chusteczki i plasterki z Kubusiem Puchatkiem. 
Bardzo ciekawa była świątynia Kali, jako jedyna miała wewnętrzną niszę - garbhagrihę - zamykaną kratą. Jakby bano się, że statua Kali ożyje i odejdzie, by siać pożogę i zniszczenie. Chyba jako jedyna sprawiała dość niepokojące wrażenie, z błyszczącymi oczami i czerwienią na twarzy.


Dochodziło południe i było niewiarygodnie gorąco. Schowałyśmy się przed upałem w świątyni Shivy. Chłodny kamień mahamandapy - podestu gdzie odbywały się rytualne tańce ku czci bóstwa - był niezwykle zachęcający. Cisza przerywana była tylko cichym popiskiwaniem nietoperzy. Zasnęłyśmy i miałam dziwne,  rozkołysane sny.


Po obudzeniu postanowiłyśmy znaleźć płaskorzeźbę, która najczęściej przewijała się, gdy szukałyśmy przed wyjazdem informacji o świątyniach. Jak się pewnie domyślacie, chodzi o tą z koniem. Po dłuższych poszukiwaniach znalazłyśmy ją. Niepozorna, umieszczona z tyłu świątyni z przesłaniem: "seks międzygatunkowy jest co prawda zabawny, ale raczej fuj."

 Proporcje postaci na załączonym obrazku są chyba pobożnym życzeniem twórcy. Chyba, że kiedyś konie były wielkości psa, ja się tam nie znam.

Ogólnie świątynie Khajuraho opisywane są jako erotyczne nie jest to jednak dominujący motyw. Prócz tematów randkowych przedstawione jest też codzienne życie ówczesnych hindusów: praca, zabawa, wojny, sport, joga, dużo słoni i robienie makijażu.  


Na terenie świątynnego kompleksu ustawione są źródełka z wodą do picia, ale wiadomo, nie chce człowiek złapać ameby czy czegoś takiego i wodę kupuje. Jak nakazuje Jedyny Słuszny Przewodnik tylko w butelkach z zafoliowaną szyjką, bo Indusi potrafią przyspawać z powrotem zakrętkę. Tak też robiłyśmy, jest folia znaczy się, wszystko gra. Woda, którą kupiłyśmy wcześniej w kiosku usytuowanym przy takim źródełku już dawno z nas wyparowała, poszłyśmy więc kupić nową. Kolesie z kiosku stali przy źródełku i napełniali wyciągnięte wcześniej ze śmietników butelki. Miło z ich strony, że płukali je przed napełnieniem. "Czy wy właśnie napełniacie wodą butelki wyciągnięte ze śmietników, żeby je potem sprzedać jako wodę mineralną?" Popatrzyli się na mnie jakbym się zapytała, czy drzewa rosną w lesie. Jak widać w Indiach łatwo się można zaopatrzyć w zafoliowywacz do butelek. Napiłyśmy się wody ze źródełka, tym razem za darmo i wyszłyśmy z kompleksu na miasto. 

Od razu przylepiło się do nas stado dzieciaków w różnym wieku. Jeden z nich, na oko czternastoletni zaoferował, że nam pokaże okolicę. Po historii z wodą nie byłam w nastroju na pogaduszki z miejscową ludnością. Magdalena była. Plota, bo tak chłopak miał na imię, zaprowadził nas do niewielkiego muzeum a potem do innych świątyń, które według niego warte były zobaczenia. Zwiedziłyśmy w sumie całe Khajuraho, co jakimś wielkim wyczynem nie było zważywszy na jego wielkość.


Plota okazał się sympatycznym dwudziestoletnim chłopakiem pochodzącym z dość zamożnej rodziny, takie bananowe dziecko. Jego głównym zajęciem było pałętanie się przez całe dnie bez celu po wiosce i zaczepianie turystów. Poprosiłyśmy go, by nas zabrał do jakiejś dobrej, nieturystycznej restauracji. Faktycznie, miejsce do którego nas zaprowadził serwowało całkiem smaczny daal. Jak na daal.

Klasyk: ryż, placki, ciapki z soczewicy, ziemniaka, różnych warzyw, pomidorowa z serem, jogurt i warzywa, najczęściej pomidor i cebula. Jakże miałam tego dość. Jak mi się chciało mięska z czegoś z kopytami.
Zaproponowałyśmy Plocie, że mu postawimy obiad, ale poprosił tylko o colę. My najedzone, wszyscy w dobrych humorach na deser poszliśmy do sklepu z tekstyliami znajomego Ploty na chai. Moje uzależnienie od kupowania ozdobnych poszewek na poduszki dało o sobie znać i już chwilę po wejściu zawzięcie targowałam się ze sprzedawcą o parę jedwabnych, haftowanych w jakby ptaka. Zawsze mnie to bawi, długie targi polegające na opowiadaniu sobie różnych historii, dowcipów, piciu kolejnej herbaty, co powoli zmierza w kierunku ustalenia ceny satysfakcjonującej dla sprzedawcy i do przyjęcia dla mnie.
Ten rozbroił mnie historią o tym, jak go pewien rikszarz naciągnął w Varanasi na sporą sumkę za krótki przejazd. "Wszystko dlatego, że mam taką inteligentną twarz" opowiadał bardzo zadowolony, "Wyglądam jak ktoś wykształcony i z wyższej kasty. Ci z niższych ciągle próbują ich oszukać na pieniądze." 

Zapadł już zmrok, opite chaiem jak bąki umówiłyśmy się z Plotą na następny dzień i wróciłyśmy do hotelu. W Khajuraho oprócz świątyń nie ma nic ciekawego a, że miałyśmy tam spędzić jeszcze jeden dzień postanowiłyśmy zdać się na niego.