Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 lipca 2013

Dzień 1 WARSZAWA - DELHI - JAIPUR

Wylot z Warszawy 16.55. Międzylądowanie w Monachium i godzinna przerwa na herbatę, kawę i czekoladę w opór [Lufthansa ma bardzo przyjemne lotnisko z gorącymi napojami za free] a potem już prosto do Delhi. 

Kilka uwag dla szukających tanich biletów do Indii: uważać przy ofertach promocyjnych, bo zwykle wiąże się to z 24 godzinnym koczowaniem na lotnisku w Moskwie czy innym Dubaju, w oczekiwaniu na lot do Delhi [chyba, że ktoś lubi]. Radzę też sprawdzać i porównywać wysokość opłaty serwisowej na portalach gdzie kupujecie bilety.

Wylądowałyśmy punkt 6.45 i z lekka przymulone po podróży ruszyłyśmy w poszukiwaniu metra. 
Pierwotny plan zakładał, że z lotniska odbierze nas kuzyn znajomego Magdaleny, oryginalnego Indusa z Delhi. Koleś prowadzi restaurację w Wawie i kiedy postanowiłyśmy się wybrać do Indii Magdalena, która często się tam stołowała zaczepiła go, czy w związku z naszym wyjazdem nie miałby dla nas jakichś wskazówek. Indus bardzo sympatyczny, udzielił jej wielu rad i przestróg. Między innymi kazał jak najszybciej uciekać z Delhi, bo tam mordują i gwałcą, woda jest niezdatna do picia, do taksówek lepiej nie wsiadać bo na pewno wywiozą gdzieś i okradną, itd. w ten deseń. A poza tym cała reszta kraju jest ok.
Zaproponował też pomoc w postaci swojego kuzyna, który miał nas z lotniska odebrać, pomóc wynająć hotel i kupić bilety na pociąg, byśmy się jak najszybciej wydostały z tego przedsionka piekieł.
Propozycję pomocy przyjęłyśmy z ulgą, mając na uwadze powtarzające się informacje o protestach i zamieszkach w Delhi, a także informacje o tym mieście znalezione w necie. Dzień przed wyjazdem niespodzianka - kuzyn jednak się nie pojawi. Bo nie.
Przez to, w ferworze przygotowań nie zdążyłyśmy sobie zabukować hotelu, znałyśmy tylko ulicę tzw. turystyczną, na której było mnóstwo hosteli, niedaleko stacji metra i dworca kolejowego.

Szłyśmy więc po indyjskiej ziemi w stronę metra, pytając się o drogę miłych tubylców gdy przed nami wyłonił się uśmiechnięty facecik i zaproponował taksówkę. W cenie parę groszy wyższej niż bilety do metra. Plecaki ciężkie, my zmęczone, dobra, wsiadamy do taksówki. Powiedziałyśmy i pokazałyśmy dla pewności na mapie, że chcemy jechać na Main Bazaar przy New Delhi Train Station. Oczywiście, że wie, gdzie to jest "no problem". Pojechaliśmy.
To był pierwszy błąd, który popełniłyśmy w Indiach. Nie wsiada się do taksówki na lotnisku w Delhi, jedzie się metrem.

Jechaliśmy już dobre dwa kwadranse podziwiając przewijające się za oknem widoki. Niekończące się wysokie betonowe mury zakończone drutem kolczastym albo tłuczonym szkłem. Betonowe wiadukty, betonowe kupy gruzu, jakieś rudery z betonu i blachy, śmieci. Co jakiś czas pojawiał się kolorowy akcent w postaci żółtej zapory policyjnej. Ulice były prawie puste, czasem przemknął jakiś facet. Wyglądało to wszystko jak jakiś olbrzymi kompleks więzienny. Kontemplację widoków przerwał kierowca pytając, gdzie dokładnie chcemy jechać? No jak to gdzie? Przecież podałyśmy ci ulicę i powiedziałeś, że wiesz, gdzie to jest. Ale już nie wie. 


Popatrzyłyśmy z Magdaleną po sobie, klasyczny taksówkarski fortel opisywany we wszystkich przewodnikach po Indiach, zaraz się pewnie zatrzymamy przy jakiejś agencji turystycznej. No to niech się lepiej przygotuje na awanturę, bo nie damy mu kasy dopóki nas nie przywiezie na miejsce. 

Zatrzymaliśmy się przy agencji turystycznej. Weszłyśmy do środka a taksówkarz poszedł do bramy obok poplotkować z kumplami. Pan agent zaczął roztaczać przed nami uroki wspaniałych wycieczek. Przerwałyśmy mu uprzejmie, że owszem, wycieczki super, ale na razie chcemy tylko, żeby wytłumaczył naszemu kierowcy jak dojechać na Main Bazaar. No problem. Pogadał chwilę z taksówkarzem, ten pokiwał głową, że już wszystko wie, możemy jechać.
Mury, rudery, gruz, mury, rudery, gruz, rudery, rudery... zatrzymaliśmy się przed jedną z wielkimi szklanymi drzwiami. Co to jest? No hotel. Dlaczego się tu zatrzymałeś, skoro miałeś jechać na Main Bazaar? Bo nie wiem, gdzie to jest. Noż kurrrr... weszłyśmy do hotelu. Ile za noc? 5000. LOL, możemy dać 500. Tyle to nie, ale 3000 może być? Nie. 2000? Nie! 1500? Nie chcemy spać w waszym hotelu, wytłumaczcie tyko prosimy pięknie naszemu kierowcy gdzie jest Main Bazaar przy New Delhi Train Station i już nas nie ma. Pogadali chwilę z taksówkarzem, ten pokiwał głową, że już wszystko wie. Na pewno? Na pewno. Możemy jechać.
Mury, rudery, gruz, mury, rudery, gruz, rudery, rudery... zatrzymaliśmy się przed kolejną agencją turystyczną. Gdyby to było jakieś normalne miasto wyglądające jak miasto, to już dawno pożegnałybyśmy taksówkarza i poszukały szczęścia na ulicy wśród życzliwych tubylców. Ale to było Delhi, tu mogłybyśmy co najwyżej usiąść na gruzie pod murem. Miałyśmy już jednak dość, postanowiłyśmy rozstać się z taksówkarzem i spróbować coś zdziałać w agencji.

Weszłyśmy do środka. Przywitał nas właściciel z uśmiechem mówiącym: "lo and behold! Oto ja, ociekający zajebistością super przystojny i bogaty mężczyzna waszych snów." 


Jakiś czas później Magdalena ochrzciła go przydomkiem Pizduś, co wspaniale do niego pasowało.
Powtórzyłyśmy jak mantrę, że chcemy tyko dostać się na Main Bazaar i prosimy o zamówienie nam taksówki ze zdrowym psychicznie kierowcą. On na to, że ulica ta jest zamknięta przez zamieszki spowodowane kolejnym gwałtem, tym razem na jakimś chłopcu. Matko Bosko! No to niech nas wiezie na stację gdzie kupimy sobie bilety do Agry albo Jaipuru. Sprawdził w necie, nie ma już biletów.
Postanowiłyśmy być z Pizdusiem szczere. Powiedziałyśmy mu, że już zostałyśmy oszukane przez taksówkarza i tak jakby mu nie wierzymy. Ale się wkurzył. Usłyszałyśmy, że on jest kryształowo uczciwy, może inni właściciele agencji faktycznie łżą jak psy, ale nie on! On jest z bogatej rodziny i nie potrzebuje naszych nędznych pieniędzy!!! Swoją drogą słyszałyśmy to potem jeszcze wiele razy, każdy sprzedawca zapewniał, że inni Indusi to oszuści i złodzieje, tylko nie on. Indianie nie są specjalnie solidarnym narodem.
Zadzwoniłyśmy do polskiej ambasady. Potwierdzili wersję Pizdusia. Przejęłyśmy jego komputer i telefon, i próbowałyśmy znaleźć jakiś hotel. Wszystko zajęte. Dobra, Pizduś, pokaż co masz nam do zaoferowania.


Kilka godzin i chai później, po burzliwych negocjacjach za połowę ceny wyjściowej miałyśmy wynajęty na kilka dni samochód z kierowcą. W międzyczasie przyjęłyśmy zaproszenie do Pizdusiowego domu "bo po co macie płacić za hotel" kiedy znów przyjedziemy do Delhi. Rozochocony tą wizją dorzucił nam jeszcze gratisy - wejście do Taj Mahal, słonie, wielbłądy itp. atrakcje. Oczywiście nie miałyśmy zamiaru u niego nocować, ale trzeba było zbajerować chłopaka, bo adorowany Pizduś był ugodowy i skłonny do współpracy a niezadowolony krzyczał, dąsał się i rzucał przedmiotami. Pokazał jeszcze miejsce, gdzie mogłyśmy kupić indyjską kartę do komórki. Uruchomienie takiej karty to droga przez mękę, ale wtedy na szczęście jeszcze o tym nie wiedziałyśmy.
W końcu z ulgą pożegnałyśmy Delhi i wyruszyłyśmy do Jaipuru.

środa, 26 czerwca 2013

Siedzę na słoniu

Przed wyjazdem zrobiłyśmy z Magdaleną nasze listy "must see", po czym skonfrontowałyśmy je ze sobą i powstał z tego plan, który po kilku modyfikacjach po zderzeniu z indyjską rzeczywistością już na miejscu, udało nam się zrealizować prawie w 100%.
Tak wyglądała nasza trasa:


Oczywiście można wyruszyć do Indii na spontaniczną wyprawę mając jedynie bilet lotniczy w łapce, ale to polecam tylko ludziom bogatym z dużą ilością wolnego czasu.

My miałyśmy dni 24, dlatego zdoktoryzowałyśmy się z tematu, pozbawiając się wszystkich niespodzianek. Tak nam się przynajmniej naiwnym wydawało. Jest to jednak kraj, w którym wszyscy i wszystko dba o twoje nieustanne zdziwienie. Nawet, kiedy się czegoś spodziewasz, to jednak nie tego, że będzie aż tak!


Przede wszystkim trudno uwierzyć, oglądając zdjęcia czy filmy, jak na prawdę brzydki jest to kraj. Gdzie nie spojrzeć piętrzące się betonowe boksy otoczone hałdami śmieci. Indusi sprzątają chyba tylko w swoich domach, bo wszystko inne pokryte jest warstwą lepkiego brudu.

Syf, malaria i karaluchy. Ale za to bardzo ładnie wychodzi to wszystko na zdjęciach. O ile da się zrobić fotkę bez włażącego nam w kadr Indusa ubranego w jasną koszulę w kratę lub paski i dżinsy.
Czego jak czego, ale ludzi w tym kraju nie brakuje. Przez ludzi rozumiem facetów, bo kobiety traktowane są tam jak urocze, głupiutkie stworzonka przydatne do pracy, rozrywki i prokreacji. Taki mokry sen każdego polskiego prawicowego konserwatysty. Kiedy się zużywają, albo są niepotrzebne, wyrzuca się to to na ulicę albo morduje jakimś sprawdzonym domowym sposobem i nie ma problemu.

Prócz tego Hindusi wymyślili sobie też podział na kasty i zawzięcie się tego trzymają. Kto do jakiej kasty należy poznać można przeważnie po masie i kolorze ciała: "plebs" jest chudy i ciemnoskóry, "szlachta" - tłusta i jasna. Kolor skóry jest w Indiach bardzo ważny. W TV leci mnóstwo reklam kremów wybielających. Karnacją najbardziej pożądaną jest biel tygodniowego trupa, sądząc po wyglądzie występujących w tych spotach modelek. 

Wbrew obiegowym opiniom nie jest to kraj tani dla Polaków a Indusi nie są pociesznymi, uwielbiającymi się targować sprzedawcami. Ceny dla białasów są oczywiście zawsze kilka-kilkasetkrotnie wyższe niż dla Indian. Sprzedawcy kłamią bez skrupułów, wciskając nawet najbardziej absurdalne kity i żeby coś wartościowego w Indiach kupić trzeba się na tym dobrze znać, i wiedzieć ile powinno kosztować. Mi na przykład próbowano sprzedać poliester jako jedwab, gips jako kamień i tym podobne cuda. Z drugiej strony spotkać można ludzi niezwykle przyjaznych, którzy bezinteresownie pomogą a nawet zaproszą z ulicy do własnego domu i po królewsku ugoszczą.

Wielkim rozczarowaniem okazało się jedzenie. Bardzo ładnie i obrazowo przedstawia to mapka poniżej:


Indyjskie jedzenie to przede wszystkim placek z różnych rodzajów mąki do wyboru, pieczony albo smażony na oleju i do tego do wyboru kilka brei z warzyw, soczewicy itp. zwanych przez nas ciapkami. Do wszystkiego dosypują tej samej przyprawy - masali, która zabija cały smak jedzenia i wszystko smakuje tą mdłą i ostrą masalą. Nie był to jednak jakiś olbrzymi problem, bo przy temperaturze od 45 stopni wzwyż jeść się za bardzo nie chce.

Podsumowując: Indie to dla kogoś z naszego kręgu kulturowego kraj brzydki, brudny, ludzie pazerni a żarcie niedobre. Gdyby nie ograniczenia czasowe i finansowe jeszcze bym tam siedziała. Uzależnia bowiem niemożebnie, przygoda goni przygodę, jeden quest prowadzi do następnego. I jest po prostu niesamowicie.